wtorek, maja 26, 2015

Kształtuje się nam ostatnio fajny trend - przewodniki w formie ilustrowanych książek dla dzieci. O ile sama nie przepadam za suchymi, klasycznymi przewodnikami, to ten raczkujący trend bardzo mi odpowiada. W tym momencie przez nasze łapki przewinęło się już kilka takich publikacji, ale śmiało mogę powiedzieć, że chcemy więcej. Dlaczego? Ponieważ jest to niezmiernie prosty, ale skuteczny pomysł by zainteresować najmłodszych (ale nie tylko) turystycznymi lub historycznymi faktami dotyczącymi wybranego rejonu. Ba! To świetny sposób by w ogóle zwrócić uwagę na jakiś region/powiat/miasteczko. Jeżeli jeszcze taka książka ubrana jest w zgrabną fabułę, która przemyca owe fakty to już w ogóle jest rewelacyjnie. Nie możemy też zapomnieć przy takich publikacjach o istotnej roli ilustratora, który ma nie lada trudne zadanie – wyjąć esencję z danego miejsca i oddać jego klimat, a tego często brakuje zwykłym fotografiom. I nie jest to atak na fotografię w ogóle – lubimy dobre zdjęcia, niestety te „przewodnikowe” to bardzo często niskich lotów ujęcia. Podsumowując, co cechuje dobry przewodnik dla dzieci? Zgrabnie opowiedziana fabuła przemycająca istotne fakty o rejonie/mieście i wtórujące jej świetne ilustracje - taki zestaw serwuje nam sprawdzony duet  - Czerwińska-Rydel i Bogucka, autorki znane z przewodnika po Szczecinie.

Dzięki tym dwóm paniom powiat Szydłowiecki zyskał niesamowicie fajny przewodnik, który dobrze się czyta i przyjemnie ogląda. Całość opiera się o historię rodzinną. Familię Ostrowskich (w składzie: mama, tata, dwóje dzieci i pies rasy mops) do wyprawy do Szydłowca skłaniają niemiłe wieści – zmarł dziadek Konstanty, którego istnienie było do tej pory owiane tajemnicą. Jak się okazuje dziadek był rzeźbiarzem i zapisuje mamie Antka i Zosi cały swój dobytek. Mama musi uporządkować kilka spraw, a dzieciaki z tatą odkrywają okoliczne ciekawostki. Zośka, młodsza z dwójki rodzeństwa, zabiera przewodnik i czyta rodzinie (i nam) jego fragmenty – dzięki temu w każdym nowym miejscu otrzymujemy garść konkretnych informacji. Bardzo fajny zabieg na wplątanie w fabułę czysto informacyjnych treści.

Oczywiście odwiedzamy trochę sztampowe turystyczne miejsca, jak rynek w Szydłowcu z zabytkowym ratuszem, zamek czy kościoły w Szydłowcu i okolicach. Ale rodzinka (z psem tropiącym Yagą na czele) zabiera nas także w mniej oczywiste turystyczne miejsca, jak na przykład do kamieniołomów, w których wydobywano słynny szydłowiecki piaskowiec. A w okolicach Szydłowca kryją się nie lada ciekawostki. W Chlewiskach odkrywamy hutę żelaza i mieszczące się w niej muzeum starych samochodów. W Jastrzębiu natomiast było coś czego się nie spodziewaliśmy – autodrom – tor do zawodów samochodowych. Nieźle, nie? Na koniec odwiedzamy Orońsko. Znajduje się tam Centrum Rzeźby Polskiej. Jest to całkiem spory kompleks: dom rzeźbiarza, pracownie, muzeum i przede wszystkim ogromny park, który jest także przestrzenią wystawienniczą. Tu też historia rodzinna ma swoją kulminację, rodzina odnajduje w parku rzeźby dziadka i opowiada zawiłą historię życia dziadka.

Jeśli ktoś z Was, pomimo moich wszystkich spoilerów, nadal chciałby przeczytać tę publikację, to mam dobrą wiadomość: na stronie Powiatu Szydłowieckiego można pobrać darmowe, elektroniczne wydanie książki.

Tekst: Anna Czerwińska-Rydel
Ilustracje: Katarzyna Bogucka
Publikacja wydana na zlecenie Powiatu Szydłowieckiego przez Drukarnie Panzet
Powiat Szydłowiecki


wtorek, maja 05, 2015

To już kolejny komiks, który ukazał się na naszym rynku dzięki wsparciu finansowym fanów i czytelników. Ta post-apokaliptyczna historia w kolorach lodów malinowych, pistacjowych i kawowych pierwotnie ukazała się jako darmowy e-komiks, a fani byli nią tak zachwyceni, że bez wahania trzykrotnie przebili próg planowego celu finansowego w serwisie wspieram.to. Autorami komiksu są Artur Kurasiński, na co dzień związany ze strefą e-commerce oraz blogosferą; oraz Michał Śledziński, którego dorobek komiksowy jest tak długi, że nie chce mi się go tutaj przywoływać.

Strange Years to pierwsza część serii komiksowej, której akcja dzieje się kilkanaście (strzelam) lat po wydarzeniach z 11 września i jak można się domyślić, wydarzenia te potoczyły się zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Artur fajnie opisuje swój pomysł, pozwolę sobie przytoczyć tutaj fragment jego opisu (źródło: www.strangeyears.com):

Na pomysł albumu jak i całej serii wpadłem zastanawiając się, co by było gdyby wydarzenia 11 września w USA były tylko pierwszym elementem globalnej łamigłówki. Co by było gdyby nie byłoby wiadomo, kto jest napastnikiem, czego chce i jakie ma plany.

Jak ja, mieszkaniec Europy i stolicy dużego kraju odnalazłbym się w sytuacji, kiedy trzeba w godzinę spakować się i uciekać ze swojego domu pokonując tysiące kilometrów. Co by było gdyby w ciągu kilku dni cały świat, jaki znamy zniknął, a w jego miejsce pojawiłby się nowe państwa, porządek społeczny a na powierzchni ziemi nowe osady i miasta. Innymi słowy mamy do czynienia z klasyczną opowieścią w klimacie post-apokaliptycznym.


Głównymi bohaterami tej historii są dwaj bracia: Elvis i Reuben, których dzieciństwo przypadło na okres, w którym kształtował się post-zagładowy świat przedstawiony w komiksie. Teraz są dorośli, a śladu po dawnej cywilizacji brak. Małe osady, które trudno nazwać miastami, hordy grasujących mutantów, prorocy i inne dziwne osobliwości, to świat, w którym przyszło im żyć. Całość uchwycona na barwnym, pastelowym tle. Zatrzymajmy się na chwilę przy tym tle, ponieważ to kolory w tym komiksie uderzyły mnie najmocniej. Odpowiedzcie szybko - w jakich barwach wyobrażacie sobie scenerię post-apokaliptycznego świata? Szaro, buro i ponuro? Pewnie sam bym tak odpowiedział, gdyby ktoś mi zadał takie pytanie. Michał Śledziński nie jest jednak twórczym konformistą i chwała mu za to. Nie wiem na ile jest to celowy zabieg wspierający fabułę czy po prostu chęć eksperymentowania przez rysownika, ale sceneria świata "po zagładzie" uchwycona na tle barwnego, kremowego nieba jest bardziej niepokojąca niżeli szara zawiesina.
Wracając do samej historii - Jesień jest pierwszym albumem w tej planowanej na cztery części serii. O ile jestem zachwycony stroną graficzną komiksu i sam pomysł na komiks bardzo mi pasuje, to trudno mi obiektywnie ocenić historię po pierwszym tomie. Dlaczego? Ponieważ album Jesień był w moim odczuciu za krótki. Autorzy skupili się na wprowadzeniu jak największej liczby postaci i wątków, które jak mniemam, będą rozwijane w kolejnych tomach. Przyznam, załapali mnie na wędkę swoimi pomysłami sprzedanymi w pierwszym tomie (OK, macie mnie), ale chciałbym móc już teraz powiedzieć - Wow, to była świetna historia - odkładając czwarty tom na półce, ale nie mogę, muszę cierpliwie poczekać. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko zaufać autorom, że a) skończą ten komiks, b) kolejne tomy przyniosą więcej odpowiedzi niż pytań, a całość rozsadzi nasze umysły.

Ps. Czy tylko mi się wydaje, że Śledziu wzorował wizerunek Elvisa na Arturze? Czy to czyni Reubena Michałem? ;)

Pomysł na serię: Artur Kurasiński
Scenariusz i ilustracje: Michał Śledziński
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Oficjalna strona: strangeyears.com

wtorek, kwietnia 28, 2015

I znów pojawia się u nas pozycja oparta o alfabet. Całkiem niedawno (uwaga: subiektywna ocena upływu czasu) prezentowaliśmy na blogu Złotouste Zero w zenicie, również wydane przez Wydawnictwo Hokus Pokus. I choć obie książki mają podobny motyw przewodni, to niesamowicie się od siebie różnią. Bardzo podoba mi się podejście samego wydawnictwa i swoista odwaga by wydać dwie pozycje w podobnym czasie i o podobnej tematyce. Bo przecież to, że w książce pojawiają się literki alfabetu nie sprawia, że nie jest ona oryginalna. Zarówno Zoolitery, jak i Złotouste Zero... były wystarczająco kuszącymi kąskami dla Hokus Pokus jako wydawcy, a teraz dla nas czytelników. Naprawdę warto mieć na swojej półce obie pozycje.

Zoolitery to całkowicie autorska publikacja Agaty Juszczak. Widać na jej przykładzie, że najlepsze rzeczy wychodzą spod rąk twórcy, kiedy są najbardziej osobiste. Agata bowiem, rysuje zwierzaki odkąd pamięta i jak widać najwyraźniej nie może przestać. Świat zwierząt to dość obszerne źródło inspiracji, ale autorka wpadła na pomysł jak uporządkować tę gromadkę. Wystarczy zrobić spis alfabetyczny! I co z tego, że nie ma tu wszystkich gatunków z arki Noego – najważniejsze, że spotykamy się z każdym ze zwierzaków wręcz osobiście. Poznajemy kilka jego cech i czujemy do nich sympatię lub nie. No bo jak tu nie ulec czarowi leżącego leniwca patrzącego tkliwie, pełnej pandzie czy ubranej w kratkę uchatce? Każde zwierze zostaje nam przedstawione przy pomocy zgrabnej krótkiej rymowanki, a pomysły na ilustracje nie raz mnie zaskoczyły i rozbawiły.
Polecam też zwrócić uwagę na różnorodność technik zastosowanych przez autorkę – farby, tusze, kredki i do tego miksowane ze sobą.
Tekst i ilustracje: Agata Juszczak
Wydawnictwo: Hokus Pokus

wtorek, kwietnia 21, 2015

Nie jedzie się do Paryża, żeby nie przywieźć kilku ładnych publikacji. No, ale też nie przywozi się tych kilku fajnych publikacji, żeby się nimi z Wami nie podzielić. Zanim nasz wyjazd do stolicy Francji stanie się mglistym wspomnieniem wyciągnąłem dla Was trzy najładniejsze książki jakie nabyliśmy w Paryżu.
Do pierwszej sesji został wytypowany mój ulubieniec - À Toute Vitesse, książką autorstwa kreatywnego studia Cruschiform. Jeżeli sama nazwa studia nie mówi Wam za wiele to część z Was powinna kojarzyć ich sztandarowy (dla mnie) projekt książki Cabins. Często mamy wyrzuty, że za granicą kupujemy książki z innych krajów niż tego, w którym akurat jesteśmy. Taki turystyczny patriotyzm nam się włącza. Jednak Cruschiform jest francuskim studiem, w dodatku z siedzibą w Paryżu, wiec w tym przypadku nasze sumienie zostało uspokojone.
À Toute Vitesse to pięknie zilustrowany, duży album, prezentujący i porównujący jak szybko przemieszczają się wybrane zwierzęta/maszyny/zjawiska. Zaczynając nasz wyścig klasycznie od żółwia (z Galapagos) w towarzystwie konika morskiego. Wraz z nabieraniem tempa rozwija się różnorodność "rzeczy" które są szybkie - pies wyścigowy, zając, łódź podwodna, dinozaur, motorówka, tornada i wiele wiele innych. Nie zdradzę Wam co wygrywa ten wyścig, podpowiem tylko, że osiąga prędkość ponad 100 000 km/h. Książka nie wymaga szczególnej znajomości języka francuskiego. Jest bardzo prosta w formie prezentowanej treści. Na każdej rozkładówce mamy podaną średnią prędkość i dopasowaną do niej maszyny/zwierzęta/zjawiska. Znajomość języka francuskiego przydaje się dopiero pod koniec publikacji, gdzie umieszczony jest słownik zebranych wszystkich maszyn/zwierząt/zjawisk (jak to nazwać jednym słowem, ktoś ma pomysł?). Dla tych, którzy woleliby jednak coś zrozumieć z treści pisanej, możecie kupić anglojęzycznie wydanie tej książki pt. Full Speed Ahead! Na BookDepository macie darmową wysyłkę do Polski więc jest to w miarę rozsądna opcja.
Warto mieć, ponieważ to niesamowicie ładna publikacja - ograniczona paleta kolorów, prosta forma ilustracji, nienaganny projekt graficzny i skład.
Tekst i ilustracje: Cruschiform
Wydawnictwo: Gallimard Jeunesse Giboulées

niedziela, kwietnia 19, 2015

Z reguły staramy się prezentować wyłącznie publikacje, które mamy na półce, ale z racji tego, że jest to post w kategorii fanart, postanowiliśmy nieco nagiąć reguły naszego bloga. Zresztą, jak za chwilę się sami przekonacie, było warto. Zanim jednak dojdziemy do wspomnianego fanarta, małe wprowadzenie. Podesłał nam go Wojciech Pawliński. Prowadzi on fajny fanpage na facebooku o nazwie Stworarium, który jest rozwiniętą, internetową formą jego pracy dyplomowej w pracowni Litografii na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Wojciech przygotował w ramach pracy dyplomowej książkowy, ręcznie robiony bestiariusz - Stworarium. Sami bawimy się sitodrukiem od paru lat, więc wszelkie tego typu  „warsztatowe” projekty książek bardzo nas ekscytują.

O swojej książeczce najlepiej opowie sam autor:

Stworarium, które zrobiłem jako dyplom w pracowni Litografii powstało z dwóch powodów: inspiracji średniowiecznymi bestiariuszami i potrzeby (która towarzyszyła mi od zawsze) rysowania różnych fantastycznych postaci. Pomysłów na takie postacie nigdy mi nie brakowało, zwłaszcza, że czerpię pełnymi garściami z różnych legend, bajek z dzieciństwa, filmów a nawet muzyki. Zależało mi, żeby „wyszaleć” się artystycznie na ostatnim roku studiów (z perspektywą pracy grafika przykutego do komputera), więc postanowiłem zrobić ten dyplom całkowicie ręcznie, tradycyjnymi technikami i metodami. Tak więc wszystkie ilustracje są wykonane w technikach litografii, sitodruku i linorytu (czyli „lito-sito-lino”), napisy są nabite w zecerni, a książka jest ręcznie szyta i oprawiona. Aktualnie istnieją trzy kompletne egzemplarze i możliwość zszycia jeszcze kilku sztuk. Także jest to biały kruk Stwory nie są opisane, ponieważ wydaje mi się, że większą przyjemność daje odbiorcy samodzielne wyobrażanie sobie ich natury. Zwłaszcza, że nazwy są dość sugestywne.

Jeśli chodzi o „fanpejdż na fejsbóku” o tej samej nazwie to po prostu okazało się, że igranie ze stworami jest niebezpieczne – uzależnia. Mam ich sporą kolekcję, a ciągle powstają nowe. Dla zróżnicowania wprowadziłem cykl „Niedzielni pisarze” z portretami literatów opisujących różne fantastyczne stworzenia.
I to w zasadzie tyle.

środa, kwietnia 15, 2015

Z dzieciństwa pamiętam tylko jedną talię kart do gry w Piotrusia, była to seria ze Smerfami. Nie pamiętam już czy na okres dzieciństwa przypadła mi tylko ta, jedna talia, czy było ich więcej. W każdym razie jedną miałem i pozwolę sobie na śmiałe stwierdzenie, że Wy, urodzeni w latach 70/80-tych też przynajmniej jedną taką talię mieliście. No sami powiedźcie.

Wydawnictwo Warstwy idzie za ciosem i mocniej uderza w sentyment naszego pokolenia. Wydana pierwotnie w 1970 roku seria Kart Piotruś – Robimy zabawki z klasycznymi ilustracjami Hanny Krajnik wraca w nowym, zmienionym wydaniu właśnie dzięki wrocławskiemu wydawcy. Jak czytamy na stronie wydawcy: Seria kart prezentuje zarówno unikatowe projekty przedstawicieli polskiej szkoły ilustracji, jak i współczesnych ilustratorów. Można więc zakładać, że szykuje się nam większa kolekcja. Pierwsza seria kart to nowe wydanie z ilustracjami pani Hanny Krajnik, której prace część z Was może pamiętać z pisma Świerszczyk lub takich książek dla dzieci jak: O kotku, który szukał czarnego mleka,
Świerszczowa muzyka, Kołysanka dla Marka, Dziewczynka z tęczy.

Prawdopodobnie karty typu Piotruś nie zniknęły z naszego rynku i nadal są dostępne w "jakieś" formie w sklepach z zabawkami. No ale bądźcie ze mną szczerzy - czy nie wolicie kupić dziecku (lub sobie) talii promującej wartości estetyczne polskiej szkoły ilustracji i jednocześnie przywołującej fajne wspomnienia z dzieciństwa, czy wolicie jakiś kicz z poczty? Odpowiedź chyba jest prosta, prawda? ;)

Ilustracje: Hanna Krajnik
Wydawnictwo: Warstwy
-
Kup na stronie wydawcy.

środa, kwietnia 08, 2015

W sieci krąży trailer siódmej części sagi Gwiezdnych wojen, już bez reżyserii Georga Lucasa, który zajęty jest kasacją dotychczasowych serii komiksowych, w celu wypuszczenia tej jednej właściwej, najwłaściwszej. Część z Was pewnie jara się tymi wiadomościami niczym skóra Anakina w Zemście Sith (sorry), inna część wpada w furię - bo przecież już Mroczne widmo było spoliczkowaniem oryginalnej trylogii. Są wśród Was pewnie też tacy, którzy mają to totalnie gdzieś. Ale nie ważne czy jesteś fanem Gwiezdnych wojen, czy nie, łączy Was i tak jedna rzecz - jesteście lub prawdopodobnie będziecie kiedyś rodzicem. Tak, rodzicem! To taki dodatkowy etat, który w pewnym momencie dostajesz i masz już go do końca życia. Nie ważne czy jesteś kasjerką w banku, listonoszem czy może mrocznym rycerzem Sith budującym wielką Gwiazdę śmieci w celu przejęcia władzy na całą galaktyką, prędzej czy później staniesz przed największym wyzwaniem swojego życia - wychowaniem dziecka/dzieci.
Jeffrey Brown jest geniuszem. Może i nie potrafi ładnie rysować, ale rewelacyjnie potrafi uchwycić na jednej planszy zabawną prozę życia. Komiksy Darth Vader i syn oraz Darth Vader i córeczka to zabawna próba sportretowania przeciętnego ojca wychowującego syna i córkę z jedną małą różnicą, że zamiast "typowego" ojca mamy Lorda Vadera i jego dzieci Luke i Leia, reszta jest bardzo uniwersalna. To właśnie uniwersalizm tych krótkich historyjek i osadzenie ich w świecie Gwiezdnych wojen sprawia, że są tak bardzo zabawne.
Seria Jefrreya Browna stała się już kultowa na całym świecie. Doczekała się masy gadżetów w tym kolekcjonerskich figurek (chcę!). W Polsce za sprawą wydawnictwa Ameet doczekaliśmy się poza opisywanymi wyżej komiksami dwóch zestawów pocztówek, dzienniczka, książki Akademia Jedi. Czekam jeszcze na wydanie Goodnight Darth Vader.



Na koniec jeszcze jedna mała polecajka - jeżeli spodoba się Wam poczucie humoru Browna i nabierzecie ochoty na więcej jego komiksów to polecam I am going to be small - o wiele bardziej odjechane poczucie humoru, trochę marudzące, czasami na krawędzi, ale cały czas śmieszne.
Autor: Jeffrey Brown
Wydawnictwo: Ameet
-
Tu kupisz: Darth Vader i córeczka
Tu kupisz: Darth Vader i syn

niedziela, kwietnia 05, 2015

Najlepszy patent na celebracje trzydziestych urodzin? Jedziemy z przyjaciółmi do Paryża zajadać się croissantami, chrupać bagietki z serem, pić wino ... no i wydawać grube euro na komiksy i ładne książki. Do tego ostatniego przygotowaliśmy się bardzo dokładnie i chętnie podzielimy się z Wami miejscówkami, które każdy czytelnik tego bloga powinien odwiedzić będąc w stolicy Francji. Zanim jednak zabierzemy Was na książkowe safari garść praktycznych porad.


wtorek, marca 24, 2015

Zawaliliśmy sprawę! Bajka o Czerwony kapturku z wilkiem w tle, a my jej nie patronujmy? W dodatku ilustruję ją Izabela Dudzik! Zawaliliśmy jak nic. Trudno, nie ma co płakać nad rozsypanymi jagodami. Zobaczcie o co cały raban.

Może jest to mało profesjonalne z naszej strony, ale faworyzujemy niektórych ilustratorów. Większość z Was zdążyła już zauważyć, że Izabela "Dewizka" Dudzik zajmuje szczególne miejsce w naszych serduszkach jako polski ilustrator młodego pokolenia (dwa razy ilustrowała top naszego bloga). Kochamy jej folkowe ilustracje i cieszymy się niezmiernie, że doczekała się swojej własnej, papierowej publikacji. Ani trochę nie dziwi wybór historii do zilustrowania. Bardziej leśnej bajki z klasycznego repertuaru chyba nie znajdziecie.

Czerwony kapturek w wykonaniu Izabeli to nieco uwspółcześniona baśń znana wszystkim z dzieciństwa. Wydana jest w formie niemego picturebooka, czy może nawet komiksu, w którym treść jest budowana wyłącznie za pomocą dwustronicowych plansz i piktogramów ujętych gdzieniegdzie w komiksowy dymek jako wypowiadana kwestia. Brak treści pisanej pozwala młodym czytelnikom na samodzielne opowiadanie historii i budowanie własnej narracji. Rezygnacja z tekstu sprawia, że nic nie rozprasza czytelnika i pozwala mu się lepiej skupić na dużych, ale szczegółowych ilustracjach. Takie ćwiczenie koncentracji będzie sprawdzane na koniec książeczki, gdzie czytelnik zostanie poproszony o odszukanie różnych przedmiotów, które poukrywane przewijały się przez całą bajkę. By jeszcze mocniej zaangażować młodego czytelnika w samodzielne budowanie historii, na ostatniej stronie bajki znajduje się czysta kartka, na której autorka zaprasza byśmy narysowali własne zakończenie historii. Nie zapomniano też o starszych czytelnikach, dla których Marek Jagielski napisał tekstową wersję Czerwonego Kapturka, umieszczoną na ostatnich stronach książki.

Publikację wydała Brambla, odpowiedzialna choćby za rewelacyjny Praktyczny poradnik młodego projektanta. Książeczka wydana jest bardzo prosto, ale zgrabnie. Niewielki, zeszytowy format, gruba, ale nie sztywna okładka z wielkim skrzydełkami (super) i grubym, matowym papierem wewnątrz. O ilustracjach nie będę się rozpisywał, powiem krótko - jaram się! Oby Izabeli nie znudziło się nigdy rysowanie leśno-folkowych klimatów!
Ilustracje: Izabela Dudzik
Tekstowa wersja bajki: Marek Jagielski.
Wydawca: Brambla
Gdzie kupić? Tutaj

czwartek, marca 12, 2015

Sebastian Skrobol - projektant graficzny, ilustrator, kolorysta, pracuje głównie przy grach na urządzenia mobilne. Autor wydanego w 2014 roku, w pełni autorskiego komiksu Quiet Little Melody - A simple fairytale. Sebastian jest laureatem drugiej edycji konkursu na Stypendium Sklep.gildia.pl dla komiksowych debiutantów. O ile faktycznie, zrealizowany w ramach stypendium komiks Quiet Little Melody jest debiutem albumowym Sebastiana, to samego autora trudno nazwać debiutantem komiksowym. Do tej pory tworzył głównie krótkie formy komiksowe, publikowane w antologiach lub katalogach pokonkursowych. Tworzy najczęściej w duecie ze świetnymi scenarzystami takimi jak Denisem Wojdą i Bartoszem Sztyborem.
W 2008 roku zajął trzecie miejsce w konkursie na krótką formę komiksową na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi, za komiks pt. Szóstego dnia, do scenariusza Bartosza Sztybora. Od tego czasu, przez cztery kolejne lata z rzędu wygrywa swoim komiksem miejsce na podium w kolejnych edycjach konkursu MFK. W 2012 wraz ze scenarzystą Denisem Wojdą zajmuje upragnione :) pierwsze miejsce za komiks Ghost Kids: The ribbon. Lista zwycięskich konkursów jakie Sebastian ma na swoim koncie jest imponująco długa, zahacza nawet o konkursy zagraniczne. Jak sam wielokrotnie podkreślał, lubi konkursy ponieważ narzucają mu nieubłagany deadline, mobilizację, której bardzo potrzebuje.
W ramach nowej, testowej formuły na blogu, daliśmy Wam szanse zadać pytania autorowi (na naszym FB) i tym samym przeprowadzić z Sebastianem wywiad. Dorzuciliśmy od siebie kilka pytań. Zobaczcie jak to wyszło.


Grzegorz Teszbir: Twój komiks Quiet Little Melody realizowany był w ramach stypendium sklepu Gildia. Zakładam więc, że z tego tytułu miałeś ustalony termin zakończenia pracy, jak zwyczajne zlecenie. Nie mogłeś więc sobie pozwolić na totalną swobodę pracy, prawda? Czy taka presja czasowa była dla Ciebie problematyczna czy może wręcz przeciwnie, potrzebowałeś takiego bodźca by mobilizował Cię do systematycznej pracy?

Sebastian: Wcześniej długi czas nosiłem się z zamiarem zrobienia dłuższej historii, ale zawsze gdzieś się to rozchodziło po kościach. Głównym powodem dla którego wysłałem QLM, na konkurs sklepu Gildia było właśnie to że jakby udało się wygrać głupio byłoby nie skończyć. No i udało się wygrać. Żeby skończyć i tak musiałem się zwolnić z pracy i przejść na pół etatu, ale i tak wydaje mi się, że w tego typu dużych projektach presja czasowa jest niezbędna, szczególnie jeżeli jesteś krytyczny wobec siebie i rzeczy które robisz. Gdyby nie termin pewnie bym przerysowywał te plansze cały czas od nowa (na przykład teraz nie mogę przeglądać tego komiksu, bo aż mnie skręca jak widzę te wszystkie błędy i nie udane rysunki), a tak musiałem w pewnym momencie po prostu skończyć, zamknąć temat i ruszyć dalej, zrobić nowy komiks, lepszy. Termin musi być.

Aleksandra Carmilla Łęcka: Najbardziej mnie zastanawia na ile twórca komiksu, któremu udało się przebić w wydawnictwie, był pewny swojej pracy, kiedy tego wydawcy szukał? Na ile jest zadowolony ze swojej pracy? Czy jest pewny swojego talentu artystycznego, bo przecież komiks to sztuka...

Sebastian: Odpowiem (może trochę na około) o ogólnym podejściu do mojej pracy, bo wydaje mi się że właśnie to Cie interesuje. Czy mam wątpliwości do tego co robię? Jasne, przez większa cześć czasu nie mam pojęcia dokąd idę. Jak zaczynałem robić QLM chciałem po prostu zrobić najlepszy komiks na jaki mnie było stać w danej chwili, zrobić taki komiks jaki sam bym kupił w sklepie, taki jaki sam chciałbym przeczytać. Zacisnąłem zęby i po prostu zacząłem rysować. Być w tym szczerym i mieć z tego radochę, dla mnie póki co jakoś to działa. Po premierze QLM byłem przekonany, że recenzenci mnie zjadą jak psa, i że książka absolutnie nikomu się nie spodoba, na szczęście 99% z nich była pozytywna (z dwóch z nich, które były dla mnie najbardziej surowe i negatywne wyciągnąłem najwięcej).
Jeżeli narysuję jakąś rzecz, podoba mi się ona maksymalnie tydzień, później zaczynam dostrzegać w niej więcej błędów niż dobrych rzeczy. Więc pomyśl co muszę myśleć o komiksie, który zrobiłem prawie rok temu. Ciesze się, że powstał, cieszę się, że dzięki błędom jakie w nim zrobiłem następny będzie lepszy. Fajnie tez, że miałem sygnały, że jednak podobał się ludziom. Dla mnie to całe rysowanie to jest trochę taki wieczny trening. Codziennie po pracy, ćwiczę warsztat,  anatomie, rysowanie z natury, perspektywę itp. Co sobotę chodzę rysować golasów z natury. Samozadowolenie zabija proces rozwoju i najważniejsze, żeby nie stracić radochy z samego procesu twórczego. Bo dla mnie osobiście coraz bardziej liczy sie sama droga, którą ide niż dojście do celu, bo pewnie nigdy do niego nie dotre...


Karol Janson: Dlaczego komiks bez tekstu?

Sebastian: Powodów jest kilka. Pierwszy to taki, że po prostu lubię nieme komiksy np. komiksy Thomasa Otta!!! Fajnie się płynie przez jego historie. Drugi powód - historia może być czytana i rozumiana przez każdego na całym świecie, a nie ukrywam, że chciałbym żeby gdzieś ten komiks jeszcze zawędrował. Dzięki temu, że w komiksie nie ma słów łatwiej mi było napisać tą historie, jako raczkujący scenarzysta (QLM to był mój pierwszy napisany scenariusz od lat), a średnio radze sobie z dialogami. Dzięki temu, że zrobiłem wcześniej kilka niemych krótkich historii do scenariuszy Dennisa Wojdy i Bartka Sztybora, wiedziałem już (mniej więcej) jak opowiadać bez słów.



Natalia Rak: Co kryje się pod symbolem trójkąta nad głową głównej postaci z komiksu Quiet Little Melody? Czy istnieją także inne ukryte symbole świadomie użyte w komiksie?

Sebastian: Trójkąt nad głową dziewczynki z okładki to amulet, który występuje w samym komiksie. Lubie trójkąty bo kiedyś naczytałem ze zaznacza się nim miejsce pojawienia się demona podczas rytuału przyzwania. Co do innych symboli, to raczej nie. Jedno z dzieciaków w komiksie ma na koszulce logo Rogue Squardon z Gwiezdnych Wojen. Lubię Gwiezdne Wojny.

Boschonka Ia: Czy jest Pan zadowolony z końcowego efektu wydawniczego - wyglądu publikacji i faktu, że komiksem Quiet Little Melody są zainteresowane także dzieci (nieco upiorne, w naszym wypadku ośmioletnie), bo to chyba efekt nieplanowany?

Sebastian: Ogólnie tak, jestem zadowolony. Paru rzeczy nie dopilnowałem, kolory wyszły trochę za ciemne, marginesy od środka są za małe itp. No ale pierwszy raz składałem taki duży projekt do druku więc jest całkiem nieźle.
Jeżeli chodzi o młodych odbiorców mojego komiksu to powiem tak - ja sam za dzieciaka oglądałem cała masę horrorów i w sumie jestem chyba normalny. Jednak nie planowałem tego by komiks był skierowany do dzieci, ale podejrzewam, że dla nich ta historia może być dużo ciekawsza. W założeniach to miała być książka dla dużych dzieci takich jak ja.



Jan Oh
: Moore, Morrison czy Gaiman, a jeśli nie oni to kto jest dla Ciebie nr 1 w kategorii "scenarzysta komiksowy"?

Sebastian: Nie lubię typować "numeru 1", za dużo dobra jest na świecie żeby się ograniczać. Moore jest super, Morrison to psychol, a Gaimana wole chyba jako pisarza książek i opowiadań niż komiksów. Z klasyków to jeszcze uwielbiam Ennisa (za kaznodzieje). Z nowych rzeczy skopał mi tyłek Rick Reminder i jego Deadly Class. Natomiast z rysowników, król jest jeden i jest to Mike Mignola.

Monika EudajMonia: Czy Będzie Pan robił printy na sprzedaż z poszczególnych kadrów? Mam swoje ulubione i marzę żeby powiesić je na ścianie w dużym formacie.

Sebastian: Raczej nie, (za cienki bolek ze mnie i za mały fanbase żeby to było jakoś opłacalne), ale jeżeli ktoś napisze bezpośrednio do mnie z takim zapytaniem to na pewno się dogadamy.

Mat Heldwein: Jak łączysz pisanie z rysowaniem? Jak układasz historię, po kolei, od pierwszego pomysłu, poprzez ogólny zarys historii aż do poszczególnych scen? Czy pisząc dla samego siebie, faktycznie piszesz pełen scenariusz i na ile szczegółowo a ile swobody zostawiasz sobie żeby wyszaleć się rysunkowo?

Sebastian: Zazwyczaj się to zaczyna od jednego rysunku, jednej scenki, jednego patentu. Gdzieś tam się to w głowie układa i piszę sobie takie mini opowiadanie. Nie muszę opisywać wszystkiego dokładnie bo większość mam w głowie ale staram się żeby to było dosyć konkretne i buduje sobie już nawet poszczególne kompozycje plansz i kadrów w głowie. Później sobie to rozrysowuje w szybkim storyboardzie (absolutnie nikt poza mną by chyba nie wiedział co jest na tych rysunkach). No i później wiadomo, mnóstwo zmian, poprawek, nowych pomysłów. Skaczę sobie od rysowania do pisania, aż wszystko mi zagra. Raczej wszystko sobie planuje, a przypadek staram się niwelować do minimum, no ale wiadomo, że wszystkiego nie przewidzisz. Z QLM akurat musiałem rozpisać wszystko, kadr po kadrze dla wydawcy.
Wiec przepisałem ten cały rysunkowy storyboard na scenariusz pisany. Tylko dla siebie na pewno bym tego nie robił.




Anna Krztoń: Czy komiks Quiet Little Melody powstawał w całości na kompie, czy część była realizowana technikami tradycyjnymi? A jeśli tak, to jakich narzędzi używasz i czy rysujesz np. na stole podświetlanym?

Sebastian: Tylko kolorowany był na kompie. Rysunki robiłem na papierze nie cieńszym niż 220 g, na formacie a3, ołówkiem HB, a później, głównie pisakami Rotring Tikky Rollerpoint EF, a do grubszych rzeczy jakikolwiek czarny marker.
Tak naprawdę zazwyczaj rysuje wszystkim na wszystkim, wiec jak akurat skończy mi się papier albo cienkopisy się wypiszą to łapie za coś innego. W albumie starałem się być w miarę konsekwentny, żeby to wszystko wyglądało po prostu podobnie. Stołu kiedyś szukałem ale nie mogłem znaleźć w formacie a3, a teraz kupiłem sobie Cintiqa i rysowanie na papierze poszło trochę w odstawkę.

Mat Heldwein: Jaki papier pod te ołówki? A przy tym jak miękkie ołówki? OK, po prostu jaka kombinacja papieru z ołówkami żeby kreska była wyrazista a jednocześnie, żeby się ołówek nie rozmazywał?

Sebastian: Tak jak już wspomniałem rysuje na grubym papierze, minimum 220g, ale raczej dlatego, że później to się mniej niszczy. Ołówki HB. Nie ma opcji żeby ołówek ci się czasem nie rozmazał (tym bardziej miękki). Proponuję podkładać sobie kartkę pod rękę, którą rysujesz, na pewno pomoże)

Mateusz Marek: Co Pana tak fascynuje w tych kolorach mocnych i tak dużo używanych (jak zielony, niebieski, pomarańczowy)?
Mateusz Gizi Giziński: Czemu w Twojej sztuce jest tyle "radioaktywnej" zieleni?

Sebastian: Odpowiem na te dwa pytania na raz. Lubie jak jeden kolor wybija się ponad cały obrazek.
Ukradłem to od wujków Mignoli i Stewarta, (jak wiele innych rzeczy zresztą). Dobieram kolory tak żeby pasowały do tematyki i klimatu jaki chce uzyskać.



Maciej Gierszewski: Pana ulubiony temat rozmów wśród znajomych?

Sebastian: [Ocenzurowano] ;)

Katarzyna Imana: Dlaczego je Pan pizze bez sera?

Sebastian: Ser to sam tłuszcz, a ja chce być fit, jak wszystkie modne dzieciaki. Kiedyś miałem problem z żołądkiem i jeden pan doktor powiedział, że ser jest niezdrowy i że to tak jakbym jadł fekalia.
Nie mam pojęcia ile w tym prawdy i nie chce wiedzieć. Od tamtej pory nie jem sera. A pizza bez sera jest spoko, polecam.

Grzegorz Teszbir: Takie sztampowe pytanie na koniec. Jeżeli miałbyś wywalić wszystkie komiksy ze swojego regału i mógłbyś zostawić tylko JEDEN, jaki by to był komiks?

Sebastian: Hellboy: Chained Coffin, ewentualnie The Amazing Screwonhead, czyli wujek Mignola w najlepszym wydaniu.

Grzegorz Teszbir: Ok, teraz już na prawdę ostatnie pytanie. Nad czym teraz pracujesz? Szykujesz może jakiś nowy album komiksowy?

Sebastian: Robię właśnie zbiorek ze swoimi krótkimi komiksami, do scenariuszy Bartosza Sztybora i Dennisa Wojdy. Prawie każdy z tych komiksów dostał nagrodę w różnych konkursach, więc są to chyba niezłe komiksy. Będą tam też co najmniej trzy premierowe historie. Nie ma jeszcze wydawcy, ale mam nadzieję, że ktoś będzie chciał to wydać. Poza tym pracuję jeszcze nad dwoma "tajnymi" projektami, których szczegółów na razie nie chcę zdradzać, ponieważ sam jeszcze nie wiem co z tego wyniknie. Ale ogólnie, nie próżnuję i jak wszystko pójdzie dobrze powinniście się doczekać więcej moich komiksów.

Część zrealizowanych projektów Sebastiana możecie pooglądać na jego stronie.
Komiks Quiet Little Melody: A simple fairytale możecie kupić tanio w tych sklepach.
Autorką zdjęć jest Anna Warda.

środa, marca 11, 2015

Kolejny wilczy fanart spłynął na naszego maila. Jego autorką jest Agata Pietrusz. Agata uwielbia kropki! :)
Agata o sobie:
Nazywam się Agata Pietrusz (ur. 1982). Rysuję dla swojej przyjemności i relaksu 3 godziny dziennie, codziennie. Przez to w kolejce czekają książki do przeczytania. Kolekcjonuję matrioszki i książki dla dzieci. Marzę o tym, że ktoś kiedyś wyda moją książeczkę o Matrioszce. Moją ulubioną ilustratorką jest Ingela Arrhenius. Ponadto szalenie lubię kropki, stare meble i moją córkę Teklę :). Od niedawna mieszkam w Glasgow. Jestem architektem (skończyłam Wydział Architektury i Urbanistyki na Politechnice Gdańskiej).

czwartek, marca 05, 2015

Bywają ludzie obdarzeni wieloma talentami. Z pewnością można do nich zaliczyć Ernę Rosenstein. Nie dość, że była wybitną malarką, to przejawiała także talent poetycki i jak się okazuje także bajkopisarski.
Zaprezentowane w tej książce bajki były pierwotnie publikowane na łamach Świerszczyka i Przyjaciela. Natomiast formy zebranej doczekały się za sprawą wydawnictwa Warstwy. Treściowo bajki są zróżnicowane, ale w wielu z nich wyczuwalne są echa wojny, życia w gettcie, straty bliskich. Dla mnie najbardziej wzruszające są dwie bajki – Babcia i Chłopczyk. Pierwsza opowiada o starszej i samotnej kobiecie, której przyjaciółmi stają się wiatr, brzoza i księżyc. Pewnego dnia odwiedza ją także jej dusza pod postacią małej dziewczynki. Babcia pomaga jej nie wiedząc kim jest. Następnego dnia przeistacza się w piękną i zabiera babcię ze sobą. Druga z przytoczonych bajek również opiera się o bezinteresowną pomoc. Biedny chłopiec przygarnia starą kaleką suczkę. Po pewnym czasie na świat przychodzą szczenięta. Chłopiec sprzedaje podrośnięte pieski i zarabia na lekarza dla niewidomego ojca. Dzięki temu ojciec może wrócić do pracy. Nie ma w tych bajkach zakończeń "jak z bajki" – nie ma złota, księżniczek, balowych sukni... Są raczej trudy życia i przebijające się przez nie promyczki nadziei i wiary w bezinteresowne działanie. Całość najlepiej podsumowują kwiaty wyrastające pośród murów opuszczonej zniszczonej kamienicy w krótkiej bajce Gruzy. Tak właśnie musi wyglądać życie po tragedii, jaką jest wojna. Warto pokazać dzieciom inną wersję bajek – nie tylko takie cukierkowe i księżniczkowe historie.
Cały zbiór ma dosyć senny klimat, który dodatkowo potęgują ilustracje Karola Banacha. Są one jednocześnie mroczne i dziecięce, trochę retro ale też mocno współczesne. Bardzo dobrze oddają treść i atmosferę bajek Erny Rosenstein. Duży format książki (A4) jest idealny pod styl jakim operuje Karol.

Forma wydania jak zwykle w przypadku wydawnictwa Warstwy na najwyższym poziomie. Gruba, sztywna, okładka (papier tłoczony poliwrap, lekko impregnowany), bardzo dobry skład i co równie ważne, przystępna cena (35zł) czyni z tej książki pozycję obowiązkową dla każdego fana pięknie wydanych, cudownie zilustrowanych i mądrych bajek.
Tekst: Erna Rosenstein
Ilustracje: Karol Banach
Projekt graficzny, projekt okładki i skład: Ryszard Bienert
Wydawnictwo: Warstwy

wtorek, lutego 24, 2015

Pamiętacie jak w zeszłym roku bawiliśmy się wspólnie w pisanie bajki, którą później kilka osób zilustrowało? To była świetna, spontaniczna zabawa, która rozegrała się na naszym profilu facebook, a której efekt mogliście zobaczyć w tym wpisie. Ostatecznie wyszedł z tego totalny absurd (stąd podtytuł bajki), żeby nie powiedzieć bełkot, ale zabawy i frajdy jaką przy tym mieliśmy nikt nam nie odbierze. Koniec kropka.
Kilka dni temu spotkała nas nie lada niespodzianka. Myśleliśmy, że temat "absurdalnej bajki" to zamknięty wpis zeszłego roku, ale nie mogliśmy się mylić bardziej. W skrzynce pocztowej czekał na nas prezent od pracowni Do Kwadratu, która to zebrała naszą (Waszą też) bajkę wraz z ilustracjami i wydrukowała ją w formię mini książeczki. Jestem pod wrażeniem jakości wydruku ilustracji, nawet przy tak mały formacie to nadal był druk z obrazków o szerokości 590 pikseli, pobranych ze strony. Wyszło bardzo fajnie. Niespodzianka miła i fajna, szczególnie (nie będę tego ukrywał), że bardzo podoba mi się fakt, że mamy książeczkę wydaną w nakładzie jednej sztuki (kusi dopisać ołówkiem 1/1).
Unikat, biały kruk, leci do szklanej gablotki. ;)

Pomysł: Grzegorz Teszbir i Weronika Kołodziej
Bajkę wspólnie napisali:
Aleksandra Klęk-Drożyńska, Kinga Sołtys, Boschonka Ia, Kasia Siwko, Jacek Łupieński, Monika Petryna, Skrobol Sebastian, Iga Popowicz, Dominika Węcławek, Mateusz Marek, Paweł Markowski, Iwona Jasinska, Kamila Sujka, tratatata pinita, Palcówki - shorty komiksowe, Monika Burblis-Pucia, Anna Rejowska Gumulak, Łucjusz Łucjanna, Katarzyna Wójtowicz, Izabella Masalska, Beata Kafel, małe książki, Grzegorz Teszbir, Artur Wabik
Korekta: Grzegorz Teszbir, Milena Buszkiewicz
Bajkę zilustrowali: Tomek Kaczkowski, Sebastian Skrobol, Weronika Kołodziej, Grzegorz Teszbir
Druk (wydanie???): Do Kwadratu

niedziela, lutego 22, 2015

Jak wiecie, lubimy dobrze zaprojektowane rzeczy. Są wśród nich także literki. Sami też czasem bawimy się w krojenie liter, np. w ramach projektów dla naszej marki Runo.
Ale to co Wam za chwilę pokażemy to prawdziwe crème de la crème dla typolubów.
Typozine to nietypowy artbook stanowiący katalog krojów pism. Każda strona to jeden font, jednego autora – łącznie 28 garniturów zaprojektowanych przez 28 zaproszonych projektantów z Polski i zagranicy. Wszystko wydrukowane ręcznie sitodrukiem w nakładzie 88 sztuk z czego do oficjalnej sprzedaży trafiło sztuk 54.  Każdy egzemplarz jest ręcznie numerowany, szyty i na dodatek oprawiony w płócienny (lub inny imitujący płótno materiał) grzbiet.
Podsumowując: fonty + sitodruk + limitowany nakład. Trzy najlepsze powody aby mieć tę pozycję w swoich zbiorach. Często pisząc teksty do naszych prezentacji, zwracam uwagę na to, że z danej pozycji najchętniej powyciągałabym niektóre kartki i umieściła w ramkach na ścianie. Z Typozine nie ma tego problemu. I nie dlatego, że nie chcę, a dlatego, że oprócz publikacji, można zakupić sobie plakat z ulubionym krojem. Super koncept!
Na koniec jeszcze słówko o Kwiaciarni Grafiki, która stoi za tym projektem. Polecamy Wam zapoznać się także z ich wcześniejszym dziełem - Tour de Rower Zine. Strasznie żałujemy, że nie mamy jej w zbiorach. Na szczęście Kwiaciarze szykują właśnie drugą edycję tego przedsięwzięcia – śledźcie zatem uważnie ich poczynania.
Autorzy: Łukasz Dziedzic, Edgar Bąk, Fontarte, Theosone, PAĪSM83, Valery Virag, Full Metal Jacket, Michal Škapa, Hakobo, Nina Gregier, Xpome, Viktoriya Grabowska, Wiur, UVMW, Ikon, Kamil Słomianowski, Paweł Ryżko, Bartosz Jańczak, Jakub PIONTY Jezierski, Kalina Możdżyńska, Jarema Drogowski, Dasha Levchuk, Mateusz WLK Wolski, Bartek Bojarczuk, Jan Bajtlik, Swear A Lot, Paweł Lachowicz, Paweł Lachowicz, Inessa Kamardina
Wydawca: Kwiaciarnia Grafiki


wtorek, lutego 10, 2015

To, o ile się nie mylę, pierwszy komiks niebędący reprintem, wydany przez wydawnictwo Centrala w Wielkiej Brytanii. Fertility to komiksowy debiut Gosi Herby (rysunki, scenariusz) i Mikołaja Pasińskiego (scenariusz). Komiks opowiada o czterech kobietach, przyszłych mężatkach, które znajdują w starej księdze przepis mówiący, że zjedzenie zajęczej podpuszczki przed nocą poślubną zagwarantuje poczęcie i urodzenie chłopca. Wszystkie kobiety chcą urodzić zdrowych synów dla swych przyszłych mężów. Dlatego wybierają się do lasu rozłożyć sidła i upolować zające. Nie mają pojęcia, że to czego tak bardzo pragną, czyli tytułowa "płodność" (ang. Fertility) stanie się ich największym koszmarem.
Komiks Herby i Pasińskiego przywołuje na myśl stare ludowe baśnie i podania, w których świat zwierząt i ludzi przenika się na płaszczyźnie codziennej. Gdzie dwie społeczności żyją obok siebie z zachowaniem naturalnego porządku. Co jednak się stanie gdy ten porządek zostanie brutalnie złamany i dojdzie do konfrontacji obu światów i kultur? Tego na własnej skórze dowiedzą się cztery bohaterki komiksu.
Brutalna, momentami obsceniczna historia komiksu Fertility złagodzona jest świetnymi ilustracjami Gosi Herby. Wykonane w technice mieszanej plansze (tusz + cyfrowe kolorowanie), z ograniczoną sino-kremową paleta kolorów, genialnie oddają klimat starej baśni.
Komiks jest w pełni niemy, pozbawiony dymków. Herba bardzo dobrze radzi sobie wyłącznie przy użyciu narracji obrazkowej. Cały komiks podzielony jest na kilka mini rozdziałów, które pozwalają na szybsze przeskoki w czasie bez utraty czytelności fabularnej.
Największym (dla mnie) smaczkiem graficzny komiksu jest okładka stanowiąca fragment obrazu Gosi Herby pt. „In a Forest Dark and Deep”. I w gruncie rzeczy sam ten tytuł idealnie podsumowuje klimat komiksu.

Tak jak wspomniałem na początku, komiks ten został wydany w Wielkiej Brytanie, gdzie na początku 2014 roku wydawnictwo Centrala przeniosło swoją siedzibę. Można go jednak znaleźć w wybranych, polskich księgarniach specjalistycznych takich jak np. Picturebook.

UWAGA! O ile starałem się nie zdradzać za bardzo fabuły komiksu, to z racji tego, że komiks jest niemy, część plansz poniżej może to zrobić.
Scenariusz: Mikołaj Pasiński, Gosia Herba
Ilustracje: Gosia Herba

Najpopularniejsze ostatnio

 
undefined