wtorek, kwietnia 15, 2014

Martyna Wójcik-Śmierska rocznik ‘85.
Absolwentka projektowania graficznego na Wydziale Sztuk Pięknych UMK w Toruniu.
Prywatny przedsiębiorca z tendencją do ryzyka, pracoholik z misją i buntownik, który do wszystkiego chce dojść samodzielnie.
 Głównie projektuje: plakaty, okładki oraz identyfikacje marek. Równolegle współpracuje jako ilustrator z wydawnictwami prasowymi rysując dla takich czasopism i magazynów jak: Przekrój, Chimera, Charaktery, Wysokie Obcasy - Extra, Gazeta Wyborcza, Tygodnik Powszechny, Gaga czy K-Mag... i nie ukrywa, że ta część pracy sprawia jej największą przyjemność. Chętnie angażuje się w różnego typu akcje związane z grafiką i ilustracją. Uczestniczka licznych wystaw, m.in.: Międzynarodowa Wystawa SATYRYKON, 23 Międzynarodowe Biennale Plakatu w Warszawie oraz 22 Biennale Plakatu Polskiego w Katowicach. Zeszyty z jej ilustracjami wyróżniono nagrodą ArtFront dla Tygodnika Powszechnego, ilustracje do tekstów J. Przybory zostały nagrodzone drugim miejsce w konkursie Stacja Kutno, a projekt karty płatniczej dla Skoku Stefczyka wybrano i nagrodzono spośród 2,5 tys. zgłoszeń.
Żeby tego było mało udało się jej narysować dla nas niebieskiego wilka-lisa. Podziwiajcie!

Martyna Wójcik-Śmierska

niedziela, kwietnia 13, 2014


Cicho chodzi, myszy łapie, miło mruczy na kanapie.

Wiecie co to za zwierzak? Pewnie, że wiecie! To prosta zagadka i jedna z wielu jakie znajdziecie w pierwszym tomie poświęconym zwierzakom domowym (czy raczej udomowionym). Nowa seria wydawnicza Chodzi o to, czy wiesz co to skierowana jest do najmłodszych czytelników. Jak sugeruje wydawca dwu-czterolatkowie powinni być zachwyceni. :) Całostronicowe, kolorowe plansze z rymowanymi opisami pomagają młodemu czytelnikowi odgadnąć i rozpoznać właściwego zwierzaka, który skrywa się na ilustracji. Przerywnikami dla zagadek są zadania na spostrzegawczość. Na czarno-białych, linearnych ilustracjach ukryte są różne zwierzęta, zadaniem czytelnika jest znaleźć je wszystkie.
Książka przygotowana jest z myślą o młodym czytelniku, dlatego wydana została na grubym, sztywnym, kartonie, dzięki czemu powinna posłużyć dzieciakom bardzo długo. Natomiast w przyciągnięciu ich do lektury z pewnością pomogą bardzo estetyczne, kolorowe ilustracje autorstwa Agnieszki Antoniewicz.

Plusik dla autora książki, pana Marcina Brykczyńskiego za promowanie świadomości, że zwierzątka domowe to nie tylko piesek, kotek czy rybki w akwarium, ale także kury i kaczki, świnki i krówki, które może mało popularne w mieście, ale jednak stanowią grupę zwierząt domowych. :)

Na koniec chcielibyśmy skromnie donieść, że patronujemy publikacji, którą Wam tutaj prezentujemy i w związku z tym zapraszamy do konkursu, który znajdziecie poniżej, a w którym będzie można wygrać dwa egzemplarze książki Chodzi o to, czy wiesz co to. Zwierzęta

Tekst: Marcin Brykczyński
Ilustracje: Agnieszka Antoniewicz
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Konkurs!
Wymyślcie jednozdaniową, rymowaną zagadkę o wybranym przez Was zwierzątku (nie musi być domowe). Odpowiedzi wpisujcie w komentarzu pod tym wpisem! Jedna osoba = jeden komentarz. Konkurs twa do piątku (18 kwietnia 2014) włącznie. Dwie rymowanki, które najbardziej się nam spodobają zostaną nagrodzone książką Chodzi o to, czy wiesz co to. Zwierzęta.
Chodzi o to, czy wiesz co to. Zwierzęta

niedziela, kwietnia 06, 2014

Reprobus to komiksowy debiut Markusa Färbera, ale także debiut niemieckiego wydawnictwa Rotopolpress w naszym kraju. O Rotopolpress wspominaliśmy między innymi przy prezentacji ich rozkładanej publikacji Memoires of a Suburban Utopia. Przypominając w skrócie - jest to wydawnictwo stawiające na młodych, zdolnych ilustratorów, tworzących we współczesnym nurcie ilustrowania oraz projektowania graficznego. Czyli bardzo ładnie wydane, graficzne cacka, z których pierwszy pojawił się w naszym kraju za sprawą wydawnictwa Kultura Gniewu

W swoim komiksie Färber bierze na warsztat legendę o świętym Krzysztofie, którą uwspółcześnia, tworząc piękną, malarską opowieść przeładowaną średniowieczną symboliką w nowej, współczesnej formie wizualnej.
Autor opowiada dwie historie jednocześnie, przeplatając je między sobą, celowo zaburzając chronologię. Różnicuje je jednak wizualnie. Pierwsza jest odtworzeniem legendy Reprobusa, zobrazowana za pomocą czarnych, uproszczonych linii na jasnej podmalówce, z wyraźnym zachowaniem faktury w postaci smug pędzla. Opowiada o olbrzymie z głową psa/wilka, który wyrusza na poszukiwanie najpotężniejszego z władców, by móc ofiarować mu swoją nieopisaną siłę i służyć mu bezgranicznie. Wyprawa, która doprowadza go do całkowitej i nieodwracalnej przemiany i to właśnie w drugiej historii poznajemy człowieka, który był Reprobusem. Forma graficzna również ulega przemianie w tej części historii. Już nie tak bardzo uproszczona, pozbawiona konturów, malarska forma opierająca się na geometrycznych plamach szarości, czerni i bieli buduje wizualną część głównego wątku komiksu.
Reprobus to niezwykłe dzieło graficzne i aż trudno uwierzyć, że jest to komiksowy debiut. Nie zdziwi jednak informacja, że Markus Färber jest doświadczonym ilustratorem i projektantem graficznym, dobrze czującym się w plakacie i ilustracji prasowej. Wystarczy spojrzeć na jego portfolio. Widać to także w jego komiksie - fajnie zaprojektowana typografia i rewelacyjne przerywniki między poszczególnymi rozdziałami bliższe są projektowaniu graficznemu niżeli klasycznej formie komiksu.

Komiks trafił na listę 25 najpiękniejszych książek wydanych w Niemczech w 2013 roku i z całą odpowiedzialnością polecam tę pozycję każdemu, kto ceni sobie dobre, współczesne ilustratorstwo.

Autor: Markus Färber
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Reprobus
Reprobus
Reprobus
Reprobus
Tekst i zdjęcia: Grzegorz Teszbir

czwartek, kwietnia 03, 2014

Nie ma co ukrywać, wiedzieliśmy, że dzień ten nadejdzie prędzej czy później. Praktycznie odkąd ruszyliśmy z działem fanart i Wasze prace zaczęły do nas napływać, czekaliśmy na ten moment. W końcu możemy odetchnąć z ulgą. Stało się - wilk został lisem. Byliśmy na to przygotowani. Tym bardziej jest nam miło, że transformacja wyszła tak ślicznie. Nie ma co tu dużo gadać. Poznajcie sprawczynię przemiany naszego wilka - Kamilę Koniarską.
Autorka o sobie:
No hejo, to ja Kamila Koniarska. Kręcą mnie ilustracje i to z nimi chciałabym wiązać swoją przyszłość. Cały czas się uczę i poszukuję. Z reguły długo nie zastanawiam się nad tym co wyprawiam- rysowanie sprawia mi ogromną przyjemność. Kreski, kreseczki, kropki, kropeczki- Poznajcie moje małe dziwotwory!
No właśnie poznajcie!

niedziela, marca 30, 2014

Tak wyjątkowej książki dawno u nas nie było. I piszę to z pełną odpowiedzialnością :) Ostrzegam: będą ochy i achy.
Tym razem zacznę od formy, bo to ona w tym przypadku zachwyciła nas najbardziej. Jest to bowiem publikacja pod względem introligatorskim i edytorskim perfekcyjna! Piękny papier, efektowne przezroczyste przekładki, drobinki złota, płócienna okładka z okrągłym wykrojnikiem, obszywana koperta na płytę CD, a do tego świetnie złożona treść. Żeby tego było mało, graficzne ikonki i fotografie zrobione starym aparatem dopełniają całości. Warsztatowo jest to rewelacyjnie wykonana publikacja, co czyni z niej kolekcjonerskie cacko. Zbyt piękne żeby mogło być prawdziwe? Przewińcie wpis na dół, a sami się przekonacie.

Książka opowiada historię Teodora, małego króliczka, który ma problem z wymową literki "R" (co w fajny wizualnie sposób podkreślają zaznaczone na kolorowo problematyczne literki w wypowiedziach bohatera). Logopedyczny problem Teodora przysparza mu wielu kompleksów. Przede wszystkim boi się iść do szkoły. W przezwyciężeniu problemu pomaga Teodorowi Pan Leon (świerszcz), który trenuje z króliczkiem wymowę trudnej spółgłoski, przy okazji ucząc go różnych ciekawych rzeczy. Jest to ciepła i pełna wzruszeń historia, w której determinacja i chęć przezwyciężenia własnych niedoskonałości bierze ostatecznie górę nad uczuciami smutku i lęku. Historia Teodora pokazuje, że warto pracować nad samym sobą, że strach należy pokonywać i przede wszystkim, że warto przyjmować pomoc innych.

Publikację zamyka dołączony na wewnętrznej stronie okładki audiobook na CD, który również został dopracowany w najmniejszych szczegółach. Począwszy od tego, że czyta go aktorka – Olga Bołądź, a za oprawę muzyczną odpowiada Michał Jacaszek, skończywszy na ręcznie wykonanych kopertach ozdobionych stemplem.

Tej książki nie może zabraknąć na Waszych półkach! Tutaj można zamawiać i dowiedzieć się więcej o książce.

Zajrzyjcie też na bloga autorki, gdzie prezentuje inne swoje autorskie artbooki – naprawdę niesamowite rzeczy: Nas zachwycił najmocniej Powrót, prosty i genialny, do oglądania bez końca, w obie strony i na okrągło.

Tekst i ilustracje: Maria Szczodrowska
Opracowanie graficzne: Maria Szczodrowska i Radek Staniec
Wydawnictwo: Fundacja Win-Win
Teodor, książka Marii Szczodrowskiej
Teodor, książka Marii Szczodrowskiej
Teodor, książka Marii Szczodrowskiej
Teodor, książka Marii Szczodrowskiej
Teodor, książka Marii Szczodrowskiej

Teodor, książka Marii Szczodrowskiej


O książce opowiadała: Weronika Kołodziej, zdjęcia: Grzegorz Teszbir

piątek, marca 28, 2014

Kilka słów wstępu:
Jakiś czas temu wpadliśmy na pomysł napisania bajki razem z naszymi fanami na facebooku. Założenie było proste - my dajemy pierwsze zdanie, a kolejna osoba w komentarzu, nawiązując do poprzedniego zdania dopisuje swoje, budując tym samym jakąś historię. Dwadzieścia trzy osoby wzięły udział w tej spontanicznej zabawie, której finał zaowocował zamkniętą bajką o przygodach (przygodzie) niebieskiego wilka. Wszystkie zdania zebraliśmy, a całość poddaliśmy delikatnej korekcie (głównie interpunkcyjnej). Kilka zdań (dwa lub trzy) musieliśmy usunąć. Oryginał możecie zobaczyć tutaj. Żeby bajka była fajną bajką, razem ze znajomymi przygotowaliśmy kilka ilustracji, które wpletliśmy pomiędzy tekst. Jeżeli szukaliście odpowiedzi na pytanie "jak napisać bajkę"? - proszę, oto odpowiedź. Bajka napisana w kilka godzin. Teraz tylko czekać, aż znajdzie się szalony wydawca. ;)
Jak prezentuje się całość? Co wynikło ze wspólnej, spontanicznej pracy tylu osób i czy jest możliwe by bajka zachowała sens przy tak dużej liczbie autorów? Przekonajcie się sami. ;)
Już niedługo ruszymy z kolejną edycją takiej bajki.

Grzegorz Teszbir


Za górami, za lasami, mieszkał niebieski wilk ze swoimi książkami. Na próżno było szukać tu nudnych pozycji.
Co wieczór wyciągał owe książeczki, by poczytać na dobranoc synkowi i córeczce.


Tomek Kaczkowski

Pierwsza książka była groźna i był to ojciec wilka,
druga, wesoła i filuterna, była jego siostrą, a od trzeciej biło ciepło i bezpieczeństwo, bo była to wilcza matka.
Dla każdego w lesie miał mnóstwo książkowych propozycji, bo czytanie to część jest wilczej tradycji.


Tomek Kaczkowski

Pewnego razu wilk wybrał się na spacer po lesie. Las świergotał do niego tysiącem czystych, jak łza, dźwięków. To nie był zwykły las, to był las kamienny, smutny i opustoszały, hulał po nim wiatr, ciepły, szepczący o tęsknocie za czymś miłym i dobrym.

Sebastian Skrobol

Wcale nie boję się tego lasu - rzekł wilk - i na pewno nie będzie tu golasów!
Czytałem o lesie sporo w moich książkach i wiem, że nie ma się czego bać. Dziarskim krokiem szedł po lesie, aż nagle spotkał małego zajączka. Niebieskiego!

Weronika Kołodziej

Zajączek z zaciekawieniem i podekscytowaniem przyglądał się wilkowi, bo nie przypuszczał, że w lesie oprócz niego żyją inne niebieskie zwierzęta. Co tu robisz wilku drogi? - zapytał. Szukam drogi do leśnej biblioteki - odparł wilk. Może tam znajdzie się książka, która wyjaśni przyczyny naszej niebieskości - powiedział zajączek. Ruszyli zatem razem w drogę.
Nagle wilk poczuł, że coś go capnęło za nogę! Ałłłaaaaaa - krzyknął. To turkuć podjadek, łapserdak turkusowy, zawalczyć chciał z wilkiem o pigment chabrowy!

Grzegorz Teszbir

Ale wilk był facetem i nie ogarniał takich kolorów, jak turkusowy i chabrowy. Zajączek dzierlatka spieszy z wyjaśnieniem, że turkuć łotr jeden chce skraść mu ofutrzenie.
I turkuć wyrwał wilkowi futrzasty kawałek pigmentu. Oddawaj mój pigment! - zawył groźnie wilk.


Wtem trwoga... Buuum buuum - słychać wkoło! Już turkuć ucieka, zajączek się boi. Wilk biedak zzieleniał
i pobladł na pysku, las zniknął w jednym groźnym błysku.
I turkuciowa-turkusowa wciąż noga, zawisła w powietrzu, olaboga! Owady prostują swe skrzydła, mnożą się w oczach niczym piana z mydła.


Tomek Kaczkowski

Czyja to wina?! Owady wychodzą z ziemi, są wszędzie niczym armia Putina! Oj, nie będę już więcej jadł tych leśnych grzybków - pomyślał zlękniony wilk.

Weronika Kołodziej

Kto zerka zza kamienia? Czyż to nie lepkie macki złego Spidermana? Uf, to tylko niebieski zajączek skrył się za czerwonym muchomorkiem - odetchnął z ulgą wilk.
A wtedy pojawiła się nagle mgła tak gęsta, jak śmietana na pierogach z jagodami!


Tomek Kaczkowski

Wrócili więc do domu, wilk usiadł w fotelu i zaczął czytać na uspokojenie drugi tomik z cyklu "Śmierć w Wenecji". E, lipa jakaś, przecież są komiksy dla dzieci - pomyślał zajączek, który wolał jakąś weselszą lekturę. Obejrzał biblioteczkę wilka i sięgnął po małe książki, które okazały się tak małe, że zniknęły w gąszczu włochatych łapek zająca. Taka więc nauka dla nas wszystkich spływa: kiedy Wilczek czyta, to zajączek ziewa.
Koniec.


Grzegorz Teszbir

Pomysł: Grzegorz Teszbir i Weronika Kołodziej

Bajkę wspólnie napisali:
Aleksandra Klęk-Drożyńska, Kinga Sołtys, Boschonka Ia, Kasia Siwko, Jacek Łupieński, Monika Petryna, Skrobol Sebastian, Iga Popowicz, Dominika Węcławek, Mateusz Marek, Paweł Markowski, Iwona Jasinska, Kamila Sujka, tratatata pinita, Palcówki - shorty komiksowe, Monika Burblis-Pucia, Anna Rejowska Gumulak, Łucjusz Łucjanna, Katarzyna Wójtowicz, Izabella Masalska, Beata Kafel, małe książki, Grzegorz Teszbir, Artur Wabik

Korekta: Grzegorz Teszbir, Milena Buszkiewicz

Bajkę zilustrowali: Tomek Kaczkowski, Sebastian Skrobol, Weronika Kołodziej, Grzegorz Teszbir (po najechaniu na ilustrację pojawi się etykietka z nazwiskiem autora)

środa, marca 26, 2014

Nie zwalniacie tempa. Niebieskie wilki spływają zewsząd, zapychając naszą skrzynkę, co oczywiście bardzo nas cieszy. Prezentowanego poniżej wilka dostaliśmy od autorki ilustracyjnego bloga bazgra nina.

Mówi o sobie:
Na co dzień jestem Kasią Ostrowską.
Skończyłam z wyróżnieniem studia na Wydziale Sztuk Pięknych w Toruniu, na których zajmowałam się linorytem barwnym. Od końcówki stycznia prowadzę bazgraninowego bloga, na którym umieszczam swoje obrazki. Lubię rysować pokraki i dziwolągi i muszę to robić bardzo szybko, żeby mieć czas na czytanie książek dla dzieci, co robię regularnie od dwóch lat :).
Bazgra nina

wtorek, marca 25, 2014

Przedstawiamy Wam kolejną po Lokomotywa - Zeszyt do zabaw publikację interaktywną dla dzieci. Tym razem, jak zdradza nazwa książki, w pełni poświęconą labiryntom. Ponad 70 labiryntów na 96 stronach. Nie ukrywam, że z początku byłem sceptycznie nastawiony do tej książki. Na myśl przychodziły mi skojarzenia krzyżówkowe w stylu 1001 krzyżówek panoramicznych z monotonnymi labiryntami jeden za drugim. Nic bardziej mylnego! Po przeglądnięciu publikacji szybko okazało się, że moje wyobrażenie labiryntu jest, krótko mówiąc, ograniczone. Thomas Flintham stworzył krainę labiryntów, w której wszystko jest labiryntem. Począwszy od futra tańczącego miśka, przez kamienie, na których siedzi wyjący do księżyca wilk (!!!), po śnieżne stogi, przez które przebrnąć musi mały lisek. Serio, jestem pod wielkim wrażeniem pomysłów na labirynty. Gdy już odblokujecie stereotypowe myślenie, sami zaczniecie wszędzie wokół dostrzegać labirynty. ;) Ta publikacja Wam w tym pomoże, Wam i Waszym pociechom oczywiście. Nie zapominajmy przecież, że jest to książka skierowana (głównie) do dzieci.
Graficznie publikacja utrzymana jest w komiksowym stylu i to bardzo. Przyjemna, płynna kreska wzbogacona dymkami z dialogami. Część zadań stanowi dłuższą historię i jest rozłożona na strony, a czasem też i na kadry. Żałuje jedynie, że ilustracje nie są kolorowe. Jest to jednak fajny pretekst by przy pokonywaniu labiryntów sięgnąć po kolorową kredkę.

Podsumowując przyjemna, ładna, rozwijająca wyobraźnię przestrzenną i spostrzegawczość publikacja. Polecamy, najlepiej z zestawem kolorowych kredek. ;)

Dajcie się zgubić w labiryntach.

Autor: Thomas Flintham
Tłumaczenie: Agata Napiórska
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Labiryntu nie z tej ziemi

piątek, marca 21, 2014

Gdy startowaliśmy z pomysłem wilczych fanartów, nie przypuszczaliśmy, że tak ochoczo podchwycicie temat i sami z siebie będziecie podsyłali nam swoje ilustrowane wariacje na temat naszego niebieskiego wilka. Ba, żeby to były tylko ilustracje. Był już zestaw szklanych gadżetów, a także wilcza figurka. Nie śmieliśmy nawet wybiegać dalej wyobraźnią i zastanawiać się, gdzie jeszcze może wylądować nasz wilk i w jakim formacie. Nie będę już niepotrzebnie przeciągał tego wstępu - zapewne i tak wszyscy widzieli już zdjęcie na fejsie lub dawno przewinęli post do momentu ze zdjęciami. Tak jest, czapki z głów - wilczy fanart w formie graffiti! Pewnie teraz cisną się Wam na usta takie pytania jak: co, kto, gdzie i z jakiej paki? Spokojnie, dokładnie te same elokwentne pytania eksplodowały w naszych głowach zaraz po odebraniu maila. Po odpowiedzi udaliśmy się do źródła całego zamieszania, autora poniższego fanarta - Marcina Malickiego.

Lupus Libri: Otagowałem Cię z marszu jako „ilustrator”, bardzo się pomyliłem, czy może zostać taka etykietka?

Marcin Malicki: Hmmm ...Ilustrator to mocne słowo. Raczej takiej etykiety bym sobie nie przypisał. Przede wszystkim jestem writerem czy jak kto chce graficiarzem (to określenie odbiera lat i sprawia, że znów czuję się jak nastolatek ;) Jednocześnie graffiti stało się dla mnie punktem wyjścia do wszystkiego co robię teraz. A teraz fakt: troszeczkę ilustruję, projektuję loga, okładki płyt, czasem layouty stron. Czasem ostatnio nieco więcej pstrykam migawką. Ciągnie mnie w stronę typografii i projektowania krojów ale to akurat są plany. Właściwie cały czas pokornie się uczę.

No! Czyli tag „ilustrator” zostaje, dodam „graficiarz” i chyba powinienem jeszcze dopisać „człowiek orkiestra”. :)
Odpowiedź coś więcej o sobie, skąd jesteś, czym się zajmujesz na co dzień, co Cię kręci w życiu?

Marcin Malicki czyli Malik. Uśmiechnięty czasem trzydziestolatek wychowany u podnóża beskidzkich górskich szlaków. Po porannej gimnastyce etatowo maczam palce w drukarskich tuszach pod lampami UV, a po pracy sięgam za ołówek pisak, puszki, myszkę lub tablet i znowu męczę oczy :)

Co mnie kręci? Oj. Hmmm. Karuzele mnie kręcą. :) A tak na poważnie to multum spraw miejsc, spraw, emocji. Człowiek chciałby tyle zrobić, niestety ma tylko 24 godziny na dobę, a na domiar złego jeszcze musi parę z nich poświęcić na sen. Magisterium z socjologii otwiera nieco oczy na świat. Podyplomówka z grafiki pozwala wychwytywać jego wizualne smaczki, którymi jest przepełniony – tylko trzeba czasem zwolnić, zatrzymać się, podnieść głowę lub spojrzeć pod nogi lub przez ramię.

Mam chyba szczęście lub ktoś podrzuca na moim szlaku ludzi otwierających przede mną nieznane wcześniej światy. Tak było z ludźmi z zespołu Psio Crew, przez których zakochałem się w góralskim beskidzkim folklorze i teraz szperam w etnograficznych pracach z lat trzydziestych nucąc sobie pod nosem „Sarnę”. To przykład jeden z długiej listy.
Tu dochodzimy do muzyki. Muzyka musi być. Czy w samochodzie z głośników czy idąc do sklepu w słuchawkach.

Od dawna zajmujesz się streetartem? Mogę tak w ogóle powiedzieć? „Streetart” czy „graffiti”?

Graffiti ;)

Przeszło tuzin lat graffiti. I to już raczej nie jest „zajmowanie się”. To już elementarna cząstka mnie. Dojrzałe drzewo hodowane z małego ziarenka wydające teraz owoce. Najpierw była ulica i bazgranie, które z biegiem lat zaprowadziło mnie tu gdzie jestem teraz. A wzajemnie relacje graffiti i streetartu to temat do dyskusji wykraczającej mocno poza ramy tego wywiadu. Ale może kiedyś siądziemy przy herbacie lub nie tylko i wymienimy się racjami:)

Z przyjemnością. :)
Próbowałem wyguglować jakieś Twoje portfolio, bezskutecznie. Istnieje coś takiego w Internecie?

PR-owcem to ja nigdy nie zostanę. Jestem marketingową nogą. Nie prowadzę bloga. Dochrapałem się tylko profili na digarcie oraz streetpins'ie.

Jakieś adresiki?

Pierwszy nieco bardziej przekrojowy choć czasem zapominam o jego istnieniu. Drugi mocno grafiiciarski. Niestety niewiara we własne możliwości hamuje przed wkroczeniem na szerokie wody międzynarodowych portali projektowych.

Cały czas na etapie produkcyjnym jest strona graffunk.pl.
Właśnie GRAFFUNK jest moją ideą łącząca wszystkie dziedziny, w których się obecnie poruszam. A jest tego troszkę bo nie chcę się zamykać w jakiejś szufladce, a potem łapać dramatycznie hausty powietrza. Rusza profil na fb więc jest już jakieś światełko w tunelu. Wszystkich zainteresowanych zapraszam serdecznie do odwiedzania. Ruszy zapewne w piątek czyli pierwszy dzień wiosny – oczywiście graffunk się zwie :)

Będziemy śledzić na pewno. To może pochwal się tutaj, z jakiej swojej pracy jesteś najbardziej zadowolony?

Haha, chyba z żadnej do końca. Każdej coś brakuje, zawsze można coś poprawić, po namyśle dopracować. Sztuką jest uznać pracując nad czymś że już jest ok i trzeba to zostawić bo każda kolejna ingerencja okaże się być preludium do ciężkiego postrzału kolana i zmusi nas do cofnięcia się przynajmniej o parę kroków. Ale jednocześnie to jest paliwo by robić to dalej.
Mam kilka prac które lubię czasem oglądać i znajdować dobre elementy czy rozwiązania i mówić sobie „tak, to było dobre. Trzeba iść w tym kierunku”. Taki jest Drwal z Siemianowic, dzieciak z balonami z WPA w Dusznikach-Zdroju. I ostatnia płyta zaprojektowana dla zDolnego Przedmieścia. Może jeszcze kilka.

Ale częściej takie retrospekcje wywołują salwy śmiechu. Tu pozdrowienia dla Asi – mojego consigliere i naczelnego krytyka.

W jakich miastach można „Cię” znaleźć? Zmalowałeś coś może we Wrocławiu?


We Wrocławiu gościłem jako writer daaawno temu na jednej z edycji Meeting Of Styles jeszcze w zeszłej dekadzie. Ostatnio wpadam częściej towarzysko w odwiedziny poznać bardziej miasto, a mam dobrego przewodnika. Z graffiti jest tak, że cechuje się immanentną tymczasowością. Te same miejsca są przemalowywane wielokrotnie więc pewnie w paru miastach już tych prac nie ma. Ale ja i tak mam zdjęcia więc nie mam za czym płakać. Naturalnym moim terenem łowieckim jest moje rodzinne miasto Bielsko-Biała oraz Górny Śląsk, gdzie aktualnie rzuciły mnie watry dziejów.
Ale podróże to wisienka na torcie malowania. Od Gdańska po Liptovski Mikulas, od Lublina i Białegostoku po Wrocław i Duszniki-Zdrój. Nowe miasta na mapie, nowi ludzie w sercu, nowe miejsca w pamiętniku.

... a lupusowego fanarta można zobaczyć w ...?

Pojawił się nie wiedzieć czemu w Żorach, na obrzeżach miasta między blokami osiedla Pawlikowskiego. A obok jest wielkopłytowy blok z najciekawszą boczną elewacją jaką widziałem – warto ;)

Chyba zdajesz sobie sprawę, że to pytanie w końcu padnie. Korciło mnie, żeby pominąć wszystkie pozostałe i od razu wyciągnąć z Ciebie odpowiedź na pytanie - skąd pomysł na graffiti z niebieskim wilkiem bibliofilem?

Cały czas szukam pomysłów na prace projekty. A czasem to one mnie znajdują. Wilk znalazł mnie, a ja dałem się wciągnąć do watahy jego fanów. Poza tym uwielbiam góry i miejsca odludne, a wilka ciągnie do lasu :)
To chyba była naturalna chemia :)

Śledzisz naszego bloga, czy to oznacza, że lubisz ładne publikacje? Jesteś fanem komiksu, a może sam coś wydałeś/zamierzasz wydać?

Lubię dobrą oprawę graficzną. Przyciągają mnie świetne okładki, skład, ilustracje. A takie można znaleźć nawet w „Baśniach Narodów ZSRR”. Choć nie jestem na bieżąco, wiele rzeczy mi umyka. Ale jestem wielkim miłośnikiem komiksu od czasów podstawówki. Wtedy były czasy Marvela i DC Comics, Janusza Christy i Szarloty Pawel. Pamiętam lato kiedy kupiłem pierwszy numer G.I.Joe. Haha. :)

A potem odkryłem skąd się bierze woda sodowa i już nic nie było takie jak dawniej. Dorastałem ja, dorastały rzeczy, które wpadały mi w ręce. Tetralogia Potwora, Rork... Choć pamiętając o „48 stronach” przyłapuję się na tym, że przesadziłem z tym dorastaniem :)

Uwielbiam opowieści – nie tylko komiksowe ale też animacje – które wymagają od odbiorcy pewnych kompetencji zarówno popkulturowych jak i tych z wyższej półki, wielowarstwowych, puszczających oczko co jakiś czas. Choć czasem jeszcze znajduję czas na książki zupełnie pozbawione ilustracji.
Parafrazując Johna Cleese'a – może się nie znam na książkach ale wiem co mi się podoba.

Dzięki za fajną rozmowę i jeszcze fajniejszy fanart. Nie chcę się powtarzać, ale sprawiłeś nam świetną niespodziankę. :)

A teraz to, na co wszyscy czekali, lupusowe graffiti i więcej prac Malika. Podziwiajcie.

wtorek, marca 18, 2014

Polecamy Waszej uwadze książkę, która stylistycznie jest daleka od tego co jest Wam znane i do czego przyzwyczaił nas rodzimy rynek picturebooków. Nazwisko ilustratora również może nieść mylne skojarzenia. Znany między innymi z ilustracji do książki XY Jacek Ambrożewski w Szkicach z przyszłości prezentuje z goła odmienny styl niż ten, który mogliśmy podziwiać w pozostałych publikacjach autora. Świadome uproszczenie ilustracji do poziomu dziecięcych szkiców (bazgrołów) jeszcze szerzej otwiera furtkę dla wyobraźni odbiorcy. Ponieważ to właśnie o zabawę z wyobraźnią w tej publikacji chodzi. Jak czytamy na stronie wydawcy, Szkice z przyszłości to książka dla niepoprawnych marzycieli, którymi przecież wszyscy byliśmy, których właśnie wychowujemy lub, którymi jesteśmy nadal.

Publikacja Frankowskiej i Ambrożewskiego to zachęta do wspólnej zabawy z autorami i zanurzenie się w głąb wizji potencjalnej przyszłości, którą stworzyli. „W roku 982012 ... we wszechświecie panuje kosmiczny ład”, tym tekstem Frankowska wprowadza czytelnika w futurystyczne obrazy Ambrożewskiego, który z karty na kartę coraz mocniej wciąga naszą wyobraźnie w świat tak bardzo obcy i odległy od tego, który znamy. Odpowiada na pytanie, jak będzie wyglądał nasz świat w odległej przyszłości. Odruchowo wyłapujemy fragmenty ilustracji, które kojarzą się nam z czymś realnym. Niczym po nitce eksplorujemy wzrokiem wszystko wokół nadając im własne nazwy i znaczenie.

Momentami jedynie teksty Frankowskiej są jedyną rzeczą, która jeszcze trzyma nas w naszym świecie. Tylko czy jest to potrzebne? Czy publikacja nie dałaby większej swobody naszej wyobraźni, gdy pozbawić ją tych tekstów? Ocenicie sami.

Szkice ... pierwotnie powstały jako odpowiedź na zadanie w Pracowni Ilustracji prof. Zygmunta Januszewskiego w warszawskiej ASP. Rok później za sprawą wydawnictwa Papierówka doczekały się wydania w postaci książki, którą właśnie oglądacie. Wizualnie bardzo odważna, momentami szalona, warsztatowo dziecięca, tak bym pół żartem, pół serio ocenił warstwę graficzną publikacji. Niczym zamknięte w okładce kartki z bloku rysunkowego, w którym w dzieciństwie dawaliśmy upust swojej wyobraźni. Zazdroszczę Jackowi, że potrafił się tak bardzo przełamać lub nadal jest tak blisko swojej dziecięcej, nieskrępowanej wizji świata. Oglądając jego publikację nie mogłem się oprzeć pokusie chwycenia ołówka czy długopisu i dołączenie do roli budowniczego świata przyszłości.

Polecamy zarówno dla dużych jak i małych marzycieli.

Tekst: Zosia Frankowska
Ilustracje: Jacek Ambrożewski
Wydawnictwo: Papierówka
Szkice z przyszłości -ksiązkia, picturebook

wtorek, marca 11, 2014

W bardzo krótkim odstępie czasu od wydania pierwszego tomu z przygodami Hildy, doczekaliśmy się tomu drugiego, a trzeci jest już w zapowiedziach. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nadal jest to dla mnie najlepszy (na chwilę obecną) komiks dla dzieci wydany w Polsce i chyba nie prędko zmienię zdanie.

Hilda i Troll przedstawiły czytelnikom postać małej rezolutnej dziewczynki, mieszkającej ze swoją mamą, w chatce pośrodku magicznej krainy pełnej dziwnych i jeszcze dziwniejszych stworzeń. Tom drugi - Hilda i Nocny Olbrzym jest już przyjemnym rozwinięciem tego folkowego charakteru. Zanurzamy się głębiej i dalej w magiczny świat roztaczający się wokoło domku Hildy.
Fabularnie Hilda i Nocny Olbrzym jest tomem ciekawszym i bardziej rozbudowanym. Nasza bohaterka musi się zmagać z dwoma problemami na raz - armią niewidzialnych, maluśkich elfów próbujących siłą wyeksmitować Hildę i jej mamę z ich domku, oraz z regularnymi wizytami Nocnego Olbrzyma. Oba te wydarzenia zmuszają naszą niebieskowłosą bohaterkę do wyruszenia w podróż mającą na celu zjednanie sobie armii malutkich, niewidzialnych elfów, no i może przy okazji odkrycie tego, kim jest tajemniczy Nocny Olbrzym, który regularnie pojawia się pod domkiem Hildy. Dla mnie podróż jest idealnym pretekstem do lepszego poznania cudownego świata wykreowanego w wyobraźni Luka Pearsona. Odwiedzamy postaci, które poznaliśmy w pierwszym tomie, ale odkrywamy też zupełnie nowych mieszkańców krainy, panujące tam zwyczaje, które nas zachwycają, a Hildę już nudzą oraz ... uwaga, jeszcze bardziej zakochujemy się w postaci Hildy (tak, ten komiks uzależnia).
Wizualnie - Luke Pearson nadal w rewelacyjnej formie, jednak edytorsko drugi  tom nie przebije Hildy i Trolla. Pomimo świetnego niby-płóciennego grzbietu ozdobionego etno wzorkami, w najnowszym tomie brakuje mi tego wszechobecnego, wizualnego, folkowego stylu przyozdabiającego publikację. Etniczne wzorki z wyklejki zostały zastąpione szkicami, natomiast folkowy charakter okładki pierwszego tomu został zastąpiony pełnowymiarową ilustracją. Nie traktujcie tego jako poważny minus. Jest to kierunek graficzny jaki przyjął sam autor, ale jedynie podkreślam, że tom pierwszy był dla mnie wizualnie idealny. ;)

Ciekawostka - komiks otrzymał certyfikat FSC - Z dobrze zarządzanych lasów. Oznacza to tyle, że papier na którym został wydrukowany pochodzi z lasów zarządzanych zgodnie z wymogami organizacji FSC A.C.
Autor: Luke Pearson
Wydawnictwo:Centrala
Oba tomy przygód Hildy do kupienia na promocji w księgarni Picturebook.
Hilda i Nocny Olbrzym

wtorek, marca 04, 2014

Na dobre już wsiąknęliśmy w nowy rok, a czas na podsumowania minionego powoli przemija. Gdybym mógł jednak wskazać jeden, jeden najlepszy, obcojęzyczny komiks jaki został wydany w zeszłym roku, w dodatku taki, który kupiłem, bez wahania wskazałbym - Battling Boya Paula Pope'a. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że to Paul Pope, twórca nietypowy, daleki w swoim stylu od zwykłego nurtu komiksów mainstreamowych, jednocześnie twórca, który garściami czerpie wszystko co najpiękniejsze ze złotych czasów komiksów super-bohaterskich. Jest Andym Warholem komiksów, Jackiem Kirbym XXI wieku, zaś jego Battling Boy bije nawet na głowę, wydanego w zeszłym roku Hellboya - Midnight Circus z ilustracjami Fegredo.

No dobra, ale co jest takiego fajnego w najnowszym komiksie Pope'a? Opowiadając w skrócie powiedziałbym, że świetnie zilustrowany, pokolorowany i podany sentyment. Skondensowana dawka odniesień do klasycznej rozrywkowej popkultury, nie ograniczając się tutaj wyłącznie do komiksów.

Komiks opowiada historię boga-chłopca, który zostaje wysłany przez swoich rodziców na ziemię, do miasta potworów by tam ... no cóż, po prostu zmężnieć. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że kosmiczne miasto bogów, osadzone pośrodku gwiezdnego niebytu to stary, dobry Kirby i jego wizja New Genesis (Fourth World, New Gods) lub marvelowska kreacja Asgardu, z Thorem w roli ojca tytułowego bohatera. Natomiast moment, w którym rodzice przeglądają światy, do którego wyślą swojego syna, to klasyczny John Byrne w reboocie Supermana, zaraz po Kryzysie na Nieskończonych Ziemiach. Parada nawiązań i odniesień trwa przez cały album. Sam Pope w wielu wywiadach podkreśla mnogość inspiracji, jakie wpłynęły na powstanie tego komiksu. Niech Was jednak pozory nie zmylą, Battling Boy nie jest jakąś tam pulpą odświeżonych klasyków, jak można by wywnioskować. To wspomniany sentyment napędzający wyobraźnię Pope'a, skutkujący rewelacyjną, świeżą historią z masą prze-genialnych rozwiązań i pomysłów. Jednym z takich smaczków jest źródło mocy boga-chłopca. Widziałem, że w kilku wywiadach ten temat przewija się otwarcie, ale ja nie będę pozbawiał Was tej przyjemności, chcę, żebyście sami o tym przeczytali. Jest nawet szansa, że będziecie mieli taką okazję jeszcze w tym roku. Od jakiegoś czasu Kultura Gniewu przebąkuje chęć wydania tego komiksu. Nie znam oficjalnych szczegółów na ten temat, dlatego pozostawię to w strefie "plotek". Mamy oficjalne info - Szymon Holcman, wydawca z wyd. Kultura Gniewu potwierdził, że prace nad polską edycją właśnie trwają.

Wracając na chwilę jeszcze do samego komiksu. Jak zdążyliście zauważyć w tytule, prezentowany album to dopiero pierwsza część, w której poznajemy głównego bohatera, kilka ważnych postaci drugoplanowych oraz miasto pełne pijących kwas, przerysowanych potworów rodem z Disneya (z tą różnica, że te faktycznie mordują). Na drugi album przyjdzie nam czekać rok (o ile się nie mylę). W miedzy czasie Paul Pope planuje wydać tytuł poboczny z przygodami córki Haggarda Westa, walczącego ze złem, uzbrojonego w gadżety, zamaskowanego mściciela (tak, tak skojarzyło mi się z Adamem Westem w roli Batmana). The Rise of Aurora West ma być prequelem do serii Battling Boy.

Klepiemy to już do znudzenia, ale dzięki temu dobrze wiecie, że prezentujemy tutaj wyłącznie ładne rzeczy. Sentyment, sentymentem, świetna historia swoją drogą, ale ten komiks nie byłby tak rewelacyjny gdyby nie ilustracje Paula Pope'a. Nie będę się rozpisywał o jego lekkiej, dynamicznej kresce, o jego zmyśle dizajnera, o tym jak cudownie wygląda plansza z drugiego tomu Battling Boya. Po prostu, jeżeli jeszcze nie znacie, wyguglujcie tego pana, warto!

Komiks zaś kupcie bez wahania. Całkiem możliwe, że jesteśmy świadkami narodzin drugiego Mignolaverse ...  Popeverse (brzmi dobrze).

Scenariusz, ilustracje: Paul Pope
Wydawnictwo: First Second
Battling Boy

Battling Boy
Battling Boy

Battling Boy
Battling Boy
Battling Boy
Tekst, zdjęcia: Grzegorz Teszbir

 
undefined