czwartek, listopada 20, 2014

Hej trzydziestolatkowie, przybijmy sobie wszyscy piątkę!!! Urodziliśmy się w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, choć pewnie nie wiele pamiętamy z tego okresu. Nasze dzieciństwo zaś przypadło na przełom lat 80-tych i 90-tych i powiem Wam, że lepiej nie mogliśmy trafić, serio. Owszem, to był ważny moment dla naszego kraju, upadek komunizmu, bum gospodarczy, ale dla nas, dla mnie wejście w nowy ustrój odbywało się głównie na poziomie programów w telewizji, produktów na sklepowych regałach i oczywiście zabawek. Wychowywaliśmy się w czasach, które teraz uważane są za kultowe, hipsterskie, retro i podobno nawet trendy, wtedy tak o nich nie myślałem.
Dobra z zachodu zaczęły napływać do nas falami. W telewizji oglądało się Koło Fortuny, zaś rodzicie śledzili losy rodziny Carringtonów w Dynastii. Ja zbierałem wszystko co dało się zbierać, od "samochodów" z gumy Turbo, przez znaczki pocztowe, monety, kapsle, opakowania, po kolorowe puszki po napojach gazowanych, z których budowało się później piramidę na meblościance przywiezionej maluchem. Czarna wołga podobno jeździła po okolicy, zaś Rambo lub Robocopa można było zobaczyć cichaczem na pirackim VHSie u starszego kuzyna, ale tak by rodzicie się nie dowiedzieli. Dziewczyny grały w "gumę", a chłopaki biegali w dwa razy za dużych swetrach odbijać kauczukowa piłkę o ścianę, grając w kapsle lub wymieniając się resorakami. Tato paczkami palił Popularne, ale do sklepu jeździł składaniem, więc zdrowo. Historyjki z gumy Donald wysyłaliśmy z mamą do jej koleżanki w Związku Radzieckim, dla jej syna lub córki. Podobno mieli gorzej, przynajmniej mama tak mówiła. W zamian przysyłali mi znaczki pocztowe z ZSRR do mojej kolekcji. Znałem wówczas takie pojęcia jak filatelistyka i numizmatyka. Byłem z tego dumny, miałem cztery klasery. To jedna z historii, która przypomniała mi się pisząc tę notkę. Prawdę mówiąc mógłbym przywołać masę takich anegdotek. Publikacja, którą już dawno powinien Wam przedstawić otworzyła w mojej głowie sentymentalną dziurę, z której wspomnienia leją się kaskadami.
Winowajcami tego nostalgicznego ataku są Natalia Sajewicz i wydawnictwo Papierówka, które wydało ten genialny projekt Natalii, a który to pierwotnie stanowił jej pracę dyplomową. Natalia przygotowała dla nas trzydziestolatków zeszyt do ćwiczeń i jednocześnie sentymentalną jazdę do okresu naszego dzieciństwa. Musimy na przykład wskazać czy naszym ulubionym napojem była oranżada, pepsi ze szklanej butelki czy może może Sprite z puszki, albo samemu dokończyć historyjkę ze wspomnianych już gum Donald, albo ... rety, mógłbym tak długo, ale nie chcę Wam spoilerować wszystkiego. Powiem jeszcze tylko: kasety magnetofonowe, Rambo na VHS, Wielka gra, Turbo, Gucwińscy, Sigma i Pi.

Publikacja na pierwszy rzut oka może się Wam wydać "skromna" wizualnie. Okładka jest jednokolorowa z prostą tytułową typografią, a wewnątrz znajdują się ilustracje w formie szkiców - co faktycznie może sprawiać wrażenie ubogiej. ALE pamiętacie swoje zeszyty co ćwiczeń z przedszkola czy podstawówki? Oprawa graficzna tego tytułu jest analogiczna do tych właśnie publikacji edukacyjnych jakie mieliśmy w dzieciństwie. Nie dajcie się zwieść pozorom. Tu wszystko jest przemyślane.
Reasumując, zarówno wizualnie jak i treściowo jest to genialna publikacja działająca jak wehikuł czasu, cofający nas do okresu dzieciństwa.
UWAGA. Sugerowana do trzydziestolatków (plus/minus kilka lat). Młodzież może tego nie zrozumieć. ;)
Tekst i ilustracje: Natalia Sajewicz
Wydawnictwo: Papierówka
Mam 30 lat

wtorek, listopada 18, 2014

Przed Wami kolejny tytuł laureata Nagrody Hansa Christiana Andersena, Tomiego Ungerera, autora takich książek jak Przygody rodziny Mellopsów, Księżycolud oraz Trzech Zbójców.
Crictor i inne niesamowite stwory to zbiór pięciu opowiadań, a każde z nich autor poświęcił innemu zwierzęciu. I to właśnie sposób, w jaki Ungerer dokonuje wyboru tych zwierząt podkreśla to za co kochamy tego autora. Przyznam się, że nie wyłapałem tego od razu podczas lektury. Dopiero opis na stronie wydawcy zwrócił mi uwagę na fakt, że Tomi Ungerer dobierając bohaterów do swojej książki skoncentrował swoją uwagę na tych zwierzętach, które do tej pory nie były zbyt popularnymi (o ile w ogóle były) bohaterami książek dla dzieci. Nacechowane negatywnymi skojarzeniami przez popkulturę zwierzęta takie jak wąż, ośmiornica, nietoperz czy sęp wywołują w nas raczej lęk, odrazę, niechęć niżeli sympatię.
Ungerer w swojej naładowanej optymizmem książce, przełamuje te stereotypowe skojarzenia i nacechowania. Tak poznajemy węża Crictora, pupila ale i obrońcę swojej pani, skrzydlatą kanarzycę Adelajdę, walczącą z przemytnikami ośmiornicę Emila, kochającego kolory nietoperza Rufusa oraz dzielnego i przyjacielskiego sępa Orlando. Każda z pięciu historii jest bardzo urokliwa, a to w dużej mierze za sprawą oszczędnych i przezabawnych ilustracji w stylu tych, jakie możecie znaleźć w Przygodach rodziny Mellopsów. Osobiście moją ulubioną historią jest ta o Crictorze. Nie sposób powstrzymać śmiechu przy większości plansz (Crictor w łóżeczku rozłoży Was ze śmiechu na łopatki).
Spokojnie można powiedzieć, że jest to kolejny, rewelacyjny tytuł Tomiego Ungerera. Polecamy, nie tylko dla fanów egzotycznych zwierzaków.
Autor: Tomi Ungerer
Wydawnictwo: Format
Crictor i inne niesamowite stwory

niedziela, listopada 16, 2014

Nie wiem jak do tego mogło dojść, ale premiera książki, którą Wam za chwilę zaprezentujemy całkowicie umknęła naszej uwadze. Albo marni z nas książkowi szperacze albo publikacji zabrakło zasłużonej promocji. Zasłużonej, ponieważ jest to książka interesująca na kilku płaszczyznach, ale o tym za chwilę.
Najpierw mam do Was pytanie - lubicie ludowe legendy? Ponieważ ja uwielbiam! Jak byłam mała lubiłam słuchać opowiastek, rymowanek, przyśpiewek i bajek mojej babci – niektóre były naprawdę prześmieszne i błyskotliwe, w dodatku zasłyszane przez babcię w wielu częściach Polski. Do dziś żałuję, że nie spisałam ich kiedy jeszcze tliły się w mojej pamięci. Takie skarby niestety często umierają wraz z osobami, które je znały. Mam więc ogromny sentyment do starych bajek i ludowych podań. Jednak tego czego nie cierpię to surowo-podanej treści. Tego na szczęście nie uświadczycie w publikacji z wyd. Zysk i S-ka, ale i o tym za chwilę.

Diabelskie wesele stanowi zbiór wybranych bajek, legend i podań z okolic Polesia, które zbierał Michał Federowski na przełomie XIX i XX wieku. Zebrane przez Federowskiego legendy wydano pierwotnie w ramach wielotomowej serii „Lud białoruski” (trzy pierwsze tomy zajmowały wyłącznie bajki, legendy i podania). Wyboru utworów do Diabelskiego Wesela dokonał Aleksander Barszczewski. Historyjki są bardzo różnorodne i zawsze wygrywa w nich dobro oraz tryumfuje sprawiedliwość. Historie romantyczne kończą się weselami, a postacie negatywne giną w męczarniach. Są to opowieści różnej długości i o różnym stopniu skomplikowania fabuły. Często występują w nich królewicze, głupcy, czarownice. Pełno w nich też magii – latające dywany i niewidzialne płaszcze. Czytając je można poczuć się jak w zaciemnionej izbie, przy rozgrzanym piecu. Można wyobrazić sobie starszą Panią okutaną w chustę opowiadającą te historie, tak jakby były najprawdziwsze w świecie. Bo w sumie są – sprzedają nam uniwersalne prawdy, które są od wieków niezmienne. Tylko forma zastraszania już chyba trochę mało skuteczna. Dziś edukacja polega jednak bardziej na tłumaczeniu faktów niż straszeniu, a bajki bardziej bawią niż przyprawiają o koszmary.

Książka ta idealnie pokazuje przemiany społeczno-kulturowe jakie zaszły przez ostatnie stulecie. Jednak nie wyobrażam sobie by mogła być skierowana do dzieci jak sugeruje treść przedmowy zawarta w książce. Mam wrażenie, że nastąpiło tutaj drobne nieporozumienie. Wyobraźcie sobie, że dziś do wydawcy książek dla dzieci przychodzi autor z pomysłem na książkę, w której czarny charakter ginie rozerwany na bronie. Zaprawdę powiadam Wam, bajki dla dzieci kiedyś były o wiele bardziej straszne i brutalne niż są teraz. Zresztą kto z Was nie zna bajki o Czerwonym Kapturku, w której wilk jest rozcinany na żywca lub tej o Babie Jadze, która zostaje spalona żywcem w piecu, a przecież to i tak były bardzo lekkie formy rozprawienia się ze złem.
Diabelskie wesele jest świetnym zbiorem, genialnie zilustrowanym i wydanym i stanowić będzie świetne czytadło dla starszego czytelnika i przede wszystkim fana ludowych podań, ale nijak nie mogę się zgodzić, że jest to publikacja dla dzieci. Może dla tych starszych, ale jak bardzo starszych nie umiem teraz ocenić. Chyba przydała by się jakaś informacja o grupie docelowej na okładce.

Pewnie ta książka nie przykułaby naszej uwagi gdyby nie forma wydania. Sama idea zbierania w jednej publikacji jak największej ilości bajek, legend i podań z danego terenu geograficznego nie należy do oryginalnych, ale kiedy zaprosisz do współtworzenia takiej publikacji zdolnego ilustratora by ten okrasił treść nowoczesnymi ilustracjami, wówczas możemy mówić o oryginalności i świeżości. Cześć z Was już pewnie rozpoznała Magdalenę Rolkę jako autorkę ilustracji do książki. Na ponad 250 stronach znalazło się kilkadziesiąt bajek i legend, z których kilkanaście czy jak mi się wydaje kilkadziesiąt zostało ozdobionych przepięknymi ilustracjami Magdy. Ile dokładnie? Nie mam pojęcia. Nie liczyłam, ale skutecznie wzbogacały treść książki do tego stopnia, że o „surowo-podanej” treści można zapomnieć. Magdalenę Rolkę powinniście kojarzyć z prezentowanego na tym blogu Praktycznego Poradnika Młodego Projektanta.
Kolorowe rysunki ożywiają sceny z wybranych historii. Każda ilustracja ma zawężoną gamę kolorystyczną – 2 odcienie + kolor powstający ze zmieszania tych barw. Tym samym rysunki imitują technikę drukarską, o której pisaliśmy przy okazji recenzji Ptaktów. Takie efekty graficzne bardzo nam się podobają. Oprócz pełno-stronicowych ilustracji sporo jest drobnych rysunkowych akcentów-wypełniaczy, które pięknie wzbogacają treść. 

Polecamy książkę Waszej uwadze, ponieważ jest niesłychanie wartościowa, ale sugerujemy również rozważne dobranie jej do wieku czytelnika.

Bajki, legendy i podania zebrał Michał Federowski
Przekładu dokonał oraz wstępem opatrzył Aleksander Barszczewski
Ilustracje: Magda Rolka
Wydawnictwo: Zysk i S-Ka
Diabelskie wesele. Bajki z Polesia

czwartek, listopada 06, 2014

Jak dobrze wiecie, traktujemy książki „przedmiotowo” :), że tak to ujmę. Oceniamy po okładce, potem po ilustracjach, potem pod względem edytorskim, a na samym końcu treściowym. Dlatego tym razem zacznę od najważniejszego dla nas aspektu wizualnego.
Uwagę od razu zwraca kolorystyka książki – taka odrobinę retro, trochę neonowa, trochę sprana. Dla laika po prostu inna niż większość książek leżących obok na półce w księgarni. A historia stoi za tym całkiem ciekawa. Autor książki – Paweł Mildner jest zwolennikiem starych technik drukarskich i za namową/radą/pomysłem Wydawnictwa Ładne Halo zgodził się na pewien eksperyment. A mianowicie na zastosowanie druku farbami z systemu Pantone – wybrał tylko 3 odcienie: błękitny, różowo-czerwony i żółty. Z tyłu okładki znajduje się swoista ściągawka, aby każdy czytelnik mógł zrozumieć jak powstał unikatowy zestaw barw w tej publikacji. Zauważcie jak wybrane trzy odcienie tworzą kolejne nakładając się na siebie. Powstają czasem subtelne przesunięcia nadające drukowi charakterystyczne efekty, podobne jak w sitodruku, co mogliście zauważyć przeglądając np. stare książki z dzieciństwa. Nie jest to co prawda ani technika nowa, ani odkrywcza, po prostu rzadko stosowana na naszym rynku. Uzbrojeni w tę bardzo ogólnikową, ale mam nadzieję wystarczającą wiedzę powinniście bardziej docenić, fakt że to co widzicie na planszach Ptaktów nie jest wyłącznie wynikiem projektowania w programie graficznym, a czystym, oldschoolowym efektem drukarskim. Technika drukarska nie była zwykłą fanaberią. Miała na celu (z dobrym skutkiem) podkreślić i uwydatnić styl ilustracji Pawła, który niesie ze sobą nutkę sentymentu i przywołuje na myśl takich klasycznych ilustratorów z dzieciństwa jak Bohdan Butenko czy Franciszka Themerson.

Ptakty to z założenia taki elementarz „na niby”, który przyjął formę relacji w stylu codziennych programów informacyjnych w radio. Tytuł podpowiada nam jednak, że nie będą to zwykłe „Fakty” lub „Panorama”. Korespondentami z którymi przemierzamy kraj wszerz i wzdłuż są ptaki (czyżby inspiracja Ptasim Radio Tuwima?). Relacjonują nam 23 fakty z 23 miast, których nazwy zaczynają się na 23 litery alfabetu. Dowiadujemy się np., że w Opolu trwają degustacje pączków gigantów, a w Rawiczu trenuje rajdowa mistrzyni Europy wśród jamników. Pierwsze litery nazw miejscowości układają się w alfabet, a na końcu książki znajduje się dodatkowo mapa Polski z zaznaczonymi miejscowościami. Zatem, jak zawsze u Ładnego Halo, pięknie i pożytecznie!

Na koniec jeszcze ciekawostka: Poza tym, że stronę wizualną książki stawiamy na pierwszym miejscu, był jeszcze jeden powód dla którego opis treści książki zostawiłam na koniec. Chciałam nawiązać do jednej z ciekawostek związanych z powstaniem tej publikacji. Na spotkaniu w ramach premiery Ptaktów Paweł Mildner przyznał, że przygotowując książkę nie miał gotowych tekstów, tylko zamysł książki i ogromną chęć narysowania ilustracji, które miał w głowie. Dopiero po ukończeniu pracy nad ilustracjami zabrał się za wymyślanie treści faktów, czy raczej ptaktów. Ani trochę nie wpłynęło to na zły odbiór książki, ale ciekawostka jest, a książkę wiadomo, polecamy bez dwóch zdań.
Autor: Paweł Mildner
Wydawnictwo: Ładne Halo
Ptakty

wtorek, listopada 04, 2014

Czy narzekałem już tutaj na niewielką liczbę wydawanych w naszym kraju artbooków? Może dla niektórych osób jest to zbędna forma publikacji, ponieważ:
1. Nie opowiadają żadnej fabuły;
2. Pojedyncze obrazki mogę sobie pooglądać w Internecie, na stronie/blogu ulubionego autora.
No właśnie ja nie mogę, a przynajmniej mi to nie wystarcza. Dodawanie strony internetowej ulubionego autora do zakładek w przeglądarce to dla mnie jakaś pokręcona wersja posiadania na półce artbooka. Dlatego, jak tylko nadarza się okazja, zastępuję zakładkę w przeglądarce publikacją na półce.
Spośród wszystkich rodzajów artbooków, szkicowniki są mi najbliższe. Uwielbiam ich chaotyczną, nie zawsze przemyślaną, a co za tym idzie bardziej naturalną i szczerą formę. To w nich powstają pierwsze historie, pierwsze koncepty, zamysły, surowe wizje (nieubrane jeszcze w scenariusz i kadry) ulubionych komiksów. Tak było ze Szkicownikiem portugalskim. Po sukcesie komiksu Portugalia (mowa o oryginalnym wydaniu, polskie wydanie chyba sukcesem nie było) Cyril Pedrosa wydał zbiór najlepszych szkiców, jakie powstały w czasie jego pobytu w Portugalii, a które posłużyły jako materiały referencyjne do jego komiksu. Jeżeli podobała się Wam strona graficzna Portugalii, to ten szkicownik również przypadnie Wam do gustu. Zebrane na ponad 100 stronach pejzaże, kadry uliczek, portrety oraz sylwetki mieszkańców stanowią kwintesencje tego co znajdziecie/znaleźliście w komiksie Portugalia.

Wracając jeszcze do wspomnianego na początku, ewentualnego zarzutu (który ktoś mógłby rzucić), że artbooki pozbawione są fabuły, to w tym przypadku nie jest to do końca prawdą. Szkicownik portugalski to w dużej mierze pamiętnik z pobytu Pedrosy w Portugalii. Czytając tłumaczenia notek przy większości szkiców możemy poczuć się jak na spotkaniu z przyjacielem, który właśnie wrócił ze wspaniałego urlopu i pokazując nam zdjęcia, snuje luźno powiązaną opowieść swoich wakacji.

Szkicownik został wydany w bardzo fajnej formie, tak aby jak najlepiej imitował oryginalne szkicowniki moleskine, z których Pedrosa korzystał podczas swojej pracy.

Można pomarudzić na cenę, ale na różnych dyskontach i serwisach aukcyjnych można już wyhaczyć publikację za pięć dyszek. Warto!Nakład limitowany: 500 sztuk.

Autor: Cyril Pedrosa
Wydawnictwo: Timof Comics
Szkicownik portugalski

niedziela, października 12, 2014

To, że ta książka będzie ucztą dla oka, to wiedziałam od dawna. Zakładałam jednak, nie wiedzieć czemu, że będzie to jakaś historyjka o przygodach kota w kosmosie. Troszkę się pomyliłam :) I nie jestem wcale zawiedziona, a wręcz mile zaskoczona tym, że to publikacja edukacyjna. Rzadko się bowiem zdarza aby popularno-naukowe książki tak wyglądały, nawet te dla dzieci. A treści jest tak dużo, że sama rozłożyłam lekturę na trzy wieczory, bo kręciło mi się trochę w głowie od ilości informacji. Zaskoczył mnie też odrobinę format, bo książka nie należy do najmniejszych – 30x30cm. Ma to jednak uzasadnienie – ilustracje przedstawiające mapy nieba, budowę rakiety czy kombinezonu astronauty po prostu ogląda się o niebo lepiej w dużym formacie.
Tak jak wspomniałam ilość treści jest ogromna, w końcu ...

...wszechświat, w którym żyjemy, jest bardzo skomplikowany. Wielu naukowców przez lata próbowało rozwikłać jego tajemnice, jednak udało się im tylko częściowo. Ale nie martwcie się - profesor Astrokot służy pomocą. A jest to najmądrzejszy kot jakiego kiedykolwiek spotkaliście.

Zaczynamy od historii Wszechświata, rodzajów gwiazd, budowy naszego Układu Słonecznego, poprzez historię kosmicznych podbojów i badań, a kończymy na gdybaniu o kosmitach i kosmicznych podróżach dostępnych w przyszłości dla każdego. Osobiście najbardziej zachwycił mnie sposób w jaki profesor Astrokot porównuje proporcje planet względem siebie. I tak, Ziemia to pomidor koktajlowy, a taki Jowisz to arbuz (genialne). No i jeszcze te skaczące pająki przy zerowej grawitacji (ale to już musicie zobaczyć na własne oczy).

Cała książka to jedna wielka infografika, mnóstwo genialnych schematów i prostych objaśnień spraw wcale nieprostych - o rzeczach wielkich dla tych najmniejszych.
Książka przywołała mi na myśl Atlas geograficzny, który zarówno ja, jak i Grzegorz mieliśmy i ubóstwialiśmy w dzieciństwie. Tam również mnogość informacji była wzbogacona szczegółową szatą graficzną. Na pewno nie tak rewelacyjną jak w przypadku książki Profesor Astrokot..., ale łatwo zrozumieć analogię. Jako dzieci byliśmy zachwyceni bogactwem treści obrazkowych i potrafiliśmy wertować Atlas po kilkadziesiąt razy odkrywając nowe szczegóły w ilustracjach. To była zupełnie inna, jakże przyjemniejsza forma przyswajania wiedzy. Dlatego jestem przekonana, że książka Profesor Astrokot odkrywa kosmos zdobędzie serca młodych odkrywców kosmosu i podobnie jak my kiedyś wertowaliśmy Atlas po kilkadziesiąt razy, tak oni szybko nie odłożą odkryć Profesora Astrokota na półkę.

Graficznie książka ta spełniła wszelkie moje oczekiwania, a muszę przyznać, że były bardzo wygórowane. Cieszę się też, że Wydawnictwo Entliczek starało się edytorsko maksymalnie odwzorować oryginalne, brytyjskie wydanie od Nobrow. [EDIT]: Info od wydawcy: Profesor Astrokot drukowany był w koedycji, a więc polskie wydanie jest dokładnie takie samo jak brytyjskie.
Dobrze dobrany papier, odpowiednio nasycone kolory i sztywna okładka z wybiórczym lakierem i srebrnymi gwiazdkami. Ilustracje pana Newmana znaliśmy już z prezentowanej jakiś czas temu książki Bento - Bestiary, więc apetyt na ilustracje tego autora mieliśmy już wyostrzony.
Polecamy!!!

Ps. Drogi Entliczku prosimy o więcej książek z Nobrow :)

Tekst: Dominic Walliman
Ilustracje: Ben Newman
Wydawnictwo: Entliczek

wtorek, października 07, 2014

Pamiętacie jak jakiś czas temu prezentowaliśmy przytargane z zagranicy ilustrowane karty do tarota? Każdą kartę w całej talii ozdobił ilustracją inny artysta. To teraz wyobraźcie sobie taki projekt w Polsce. Dobra, nie musicie sobie tego wyobrażać, wystarczy, że klasycznie zescrollujecie stronę w dół.
To co za chwilę Wam zaprezentujemy to soczysta dawka polskiej ilustracji spakowana do formatu kolekcjonerskiej talii kart do gry. Czterdziestu trzech polskich artystów, w sumie przygotowało pięćdziesiąt cztery prace. Każdy z nich zrobił to w charakterystycznym dla siebie stylu. Całość została spakowana w eleganckim, czarnym pudełku i zaplombowana etykietą potwierdzającą numer egzemplarza w kolekcji. Nie bez powodu użyłem wcześniej zwrotu "kolekcjonerski". Na rynek trafiło zaledwie trzysta egzemplarzy talii i z tego co się orientuję, na chwilę obecną ciężko będzie dorwać choćby jeden egzemplarz.

Inicjatorem tego projektu jest Goverdose -  internetowy kolektyw polskich artystów, który narodził się w 2008 roku z inicjatywy Jakuba Głowackiego oraz Adama Hudymy. Obecnie zrzesza on kilkudziesięciu członków, którzy na przestrzeni sześciu lat przygotowali siedem ilustrowanych projektów. Talia kart była szóstym projektem, ale pierwszym, który doczekał się druku w formie nietypowego mikro albumu. To co osiągnęli twórcy projektu oraz sami artyści to wysokiej jakości produkt. Pomijam fakt, że jest to gadżet limitowany, ale sam fakt, że w tak małej paczce została skondensowana dawka świetnej rodzimej ilustracji, już stanowi swoisty ewenement na naszym rynku. To co mnie zachwyciło to staranność wydania talii. Czarne, czy raczej grafitowe pudełko ozdobione wyłącznie (tak mi się przynajmniej wydaje) nadrukiem lakieru, daje piękny, subtelny i elegancji efekt - pierwsze wrażenie powalające. Karty wydrukowane zostały na papierze o wysokiej gramaturze, wzmocnione folią. Prace są różne stylistycznie, od prostych cartoonkowych ilustracji, przez digital painting po 3D. Co ciekawe dwóch artystów, którzy brali udział w tym projekcie pojawili się już u nas na blogu. Mam tutaj na myśli Sebastian Skrobola i Wojtka Polaka, którzy zmalowali dla nas wilcze fanarty. Ta różnorodność stylów graficznych, która jest charakterystyczną cechą wszystkich projektów Goverdose, sprawia, że każdy, nawet najbardziej wybredna osoba, znajdzie wśród tych ilustracji coś dla siebie.

Dobra, wyobrażam sobie, że po tym wpisie cześć z Was podniośle rzuci  - po kiego prezentujemy te karty skoro są już niedostępne?. Po to byście nie przegapili kolejnej świetnej edycji tej rodzimej inicjatywy. Podobnie jak my, spora część z Was interesuje się wszystkim co wizualnie piękne, ba, część z Was sama tworzy wizualne cuda. Jeżeli wiec nie chcecie przegapić kolejnego projektu kolektywu to polecam czym prędzej zacząć obserwować ich profil na FB. Mam nadzieję, że talia kart nie była ostatnim drukowanym projektem Goverdose.

Kilka szczegółów na koniec.
Talia zawiera: 56 kart, w tym 52 karty, każda z inną ilustracją, dwa jokery, wlepka oraz karta ze spisem autorów. Wszystkie karty możecie zobaczyć na stronie Goverdose.

czwartek, października 02, 2014

Wydawnictwo Mundin nie próżnuje i wydało niedawno drugą część przygód detektywa Moseleya. Znów mamy podobny klimat – duszne Miami pełne imigrantów i turystów. Znów dziwna sprawa na sam początek – tym razem Hoke próbuje rozwikłać zagadkę śmierci nastoletniego ćpuna. Wszyscy zakładają zwykłe przedawkowanie, ale nie Moseley. W międzyczasie Hoke dostaje od ambitnego szefa dodatkowe zadanie – stare niezamknięte śledztwa. Znów dużo wątków, w tym budowanie relacji z nową latynoską partnerką w pracy, uwodzicielska macocha nieżyjącego ćpuna oraz dwie nastoletnie córki wyrastające jak spod ziemi. Wszystko to wzajemnie się przeplata ale dzięki temu nigdy nie jest nudno. Aż dziw, że nasz bohater daje radę to wszystko ogarnąć bez smartfona i internetu.

Książkę czyta się wręcz znakomicie i zasługa w tym nie tylko autora ale także polskiego tłumacza. A trochę abstrakcyjne i dość ekspresyjne ilustracje Mikołaja Moskala doskonale towarzyszą treści. Nie tylko okraszają publikację kolorem ale niektóre same w sobie są zagadkowe i wymagają chwili dedukcji aby odkryć sedno, które ukrył w nich ilustrator. W sumie banalny pomysł aby w kryminale umieścić ilustracje-zagadki, ale jak dla mnie genialny! W poprzedniej pozycji z tej serii dodatkiem do książki była mapa. W tej również otrzymujemy mały "gratis" – jest nim plakat z Julio Iglesiasem, który pojawia się w książce (nie będę zdradzać gdzie dokładnie, bo frajdę sprawiało mi oczekiwanie na moment, w którym w końcu się pojawi).

Kiedyś kryminały kojarzyły mi się z najtańszą rozrywką wydawaną małym kosztem. Seria od Mundin całkowicie temu przeczy. Na okładce najnowszej pozycji mamy tłoczenia i złocenia, a cała reszta wydrukowana jest na dobrej jakości papierze. Nie wspominając o jakości samego projektu graficznego i ilustracji. Myślę, że śmiało można powiedzieć, że to pod każdym względem kryminał z najwyższej półki.
Autor: Charles Willeford
Redaktor: Anna Brzezińska
Tłumaczenie: Robert Sudół
Ilustracje i projekt okładki: Mikołaj Moskal
Opracowanie graficzne, skład: Honza Zamojski
Wydawnictwo: Mundin 
-
Książkę możesz kupić na przykład tutaj
Nadzieja dla umarłych

wtorek, września 30, 2014

Komiks zdobywcą Światowego Rekordu Guinnessa? Tak! Ale zacznijmy od początku.
Projekt, który ostatecznie przyjął formę publikacji, którą Wam za chwilę zaprezentujemy, zakiełkował w głowie jednego człowieka - Jakuba Mazeranta. Jakub, będąc twórcą internetowej galerii Illustrate Yourself, promującej młodych, zdolnych ilustratorów z polski i zagranicy, wpadł na pomysł akcji integrującej członków IY. W maju 2006 roku rysując pierwszy kadr dał początek projektowi, którego celem było stworzenie komiksu bazującego na jednej prostej zasadzie "jeden artysta = jeden kadr". Każdy kolejny ilustrator otrzymywał poprzednie kadry i to od niego zależało w jaki sposób będą kontynuowane rozpoczęte już wątki. Każdy z ilustratorów miał ogromny wpływ na dynamikę akcji jak również na sam charakter i kierunek opowiadanej w komiksie historii. Scenariusz z kadru na kadr ulegał nieustannym zmianom, ewoluował w nieprzewidziane kierunki, ograniczone jedynie wyobraźnią twórców. Tak powstał projekt Pieces, którego głównym założeniem była konfrontacja różnych stylów graficznych oraz podejścia artystów do budowania wspólnej historii.
Projekt trwał cztery lata i jego oficjalny finał nastąpił w marcu 2010 roku. Przy jego tworzeniu udział wzięło 94 artystów z 17 krajów, zaś finałowy kadr komiksu przygotował mistrz - Tadeusz Baranowski. Pierwotnie Pieces funkcjonowało jako projekt typowo internetowy, dostępny jedynie na stronie internetowej Pieces Books. Jednak wraz z 10-tymi urodzinami galerii Illustrate Yourself, Pieces doczekało się formy drukowanej i to właśnie ta publikacja, w 2013 roku, została wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa w kategorii "Most contributors to a published comic book" (Największa liczba współtwórców wydanego komiksu).
Jest to pierwszy tego typu wyczyn na polskim rynku komiksowym. Mamy nadzieję, że nie ostatni, szczególnie, że obecnie można śledzić drugą edycję projektu Pieces. Można się tylko domyślać, że autorzy projektu będą chcieli pobić swój własny rekord.

Sama publikacja wydana jest w albumowej formie, ze sztywną, punktowo lakierowaną okładką. Duże plansze formatu A4 dobrze oddają mnogość i różnorodność stylów graficznych. Album liczy sobie ponad 70 stron i poza główną częścią, czyli komiksem, zawiera notki autorów biorących udział w przedsięwzięciu oraz wywiad z Tadeuszem Baranowskim. Jedynka na grzebiecie komiksu sugeruje, że można śmiało robić miejsce i czekać na kolejny album po zakończeniu drugiej edycji.
Ciekawostka: Na zbliżającym się Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi odbędzie się prezentacja komiksu wraz z wystawą prac związanych z zarówno pierwszą jak i drugą edycją projektu. Informacja, która powinna ucieszyć kolekcjonerów jest taka, że podczas wręczania egzemplarzy autorskich będzie można nabyć limitowany egzemplarz komiksu Pieces Book 1. Liczba sztuk bardzo, ale to bardzo limitowana.
Pomysł i opracowanie graficzne: Jakub Mazerant
Ilustracje: 94 artystów z 17 krajów.
Wydawca: Illustrate YourLIFE Group

poniedziałek, września 29, 2014

Jeżeli nie przeczytasz tego opisu, prawdopodobnie na podstawie szybkiego przescrollowania zdjęć w dół stwierdzisz, że masz do czynienia z typowym zinem komiksowym. Masa autorów, kilkanaście/kilkadziesiąt jedno lub dwustronicowych komiksów zebranych w czarno-białej publikacji. W dodatku jeszcze prezentację publikacji zaczęliśmy od numeru trzeciego - bez sensu.
Jeżeli jednak czytasz ten opis, wiesz, albo za chwilę się dowiesz, że Profanum dalekie jest od wzorca typowego zina komiksowego. Na stronie internetowej publikacji czytamy:

Masz dość króciutkich komiksowych historyjek z których niewiele zostaje w głowie? Masz dość magazynów wypchanych nimi po brzegi? Witaj w klubie. Profanum to antologia, którą stworzyliśmy, żeby móc wreszcie przeczytać coś porządnego. Dlatego, dwa razy do roku chcemy dostarczać ponad 120 stron mięsistych historii od najlepszych doświadczonych twórców i najciekawszych młodych talentów.

Czy przesadzają? Nie. Faktycznie z każdym numerem dostajemy porcje kilku dłuższych, dopracowanych historii z fajną szata graficzną. Trzeci tom jednak bije wszelkie rekordy. Zamiast "ponad 120 stron" otrzymujemy "ponad 200 stron", 8 komiksów, z czego najdłuższy ma 58 stron. Zanim jednak zagłębię się w zawartość trzeciego tomu muszę wyrazić swoje małe, ale jednak, rozczarowanie. Po trzytomowej historii publikacji spokojnie mogę stwierdzić, że najlepszym komiksem drukowanym w Profanum był Buc Kartofel autorstwa Tomasz Grządzieli. Jednak do trzeciego tomu Tomek nie wyrobił się z nowym materiałem co, nie ukrywam, troszeczkę mnie rozczarowało. Tym samym, chociażby dla samych komiksów Tomka polecam również dwa poprzednie tomy Profanum ... o ile są jeszcze dostępne.
W trójce czarnym koniem okazał się Daniel Gizicki z dwoma mocnymi historiami: Dzieci swoich rodziców oraz Rodzice swoich dzieci, z rysunkami (w kolejności) Mikołaja Ratki oraz Wojciecha Stefańca (uwielbiam). Sensacyjne Centrum Reperacji Kołsuta i Wyrzykowskiego, które z przyjemnością zobaczyłbym w kolorze oraz zabawny Rycerz Janek z rysunkami Igora Wolskiego do scenariusza Mazura i Sienickiego zamykają peleton moich faworytów tego numeru.
Dopracowana szata graficzna, przemyślane historie i świetni twórcy, których prace czasami widzę po raz pierwszy na papierze. Mam nadzieję, że ta forma wydawnicza przyjmie się na naszym runku i tym samym doczekam się kolejnych, może jeszcze grubszych i treściwszych numerów Profanum.

Ps. Zerknijcie na okładkę autorstwa Igora Wolskiego. Chłopak jest niesamowity. Jego dbałość o szczegóły, dopracowanie ilustracji i dobór kolorów z pewnością przysporzy kompleksów niejednemu ilustratorowi.

Autorzy: Tomasz Kontny, Błażej Kurowski, Daniel Gizicki, Mikołaj Ratka, Jan Mazur, Bartłomiej Kuczyński, A.A. Turkiewicz, Rafał Kołsut, Janusz Wyrzykowski, Robert Sienicki, Igor Wolski, Wojciech Stefaniec, Artur Chochowski
Wydawnictwo: Dolna Półka

wtorek, września 23, 2014

Dobrusia Rurańska studentka 5 roku grafiki warsztatowej na ASP w Katowicach. Zainteresowana głównie ilustracją i grafiką książki, okazjonalnie ale z wielką przyjemnością zajmuje się projektowanie plakatu i pisaniem opowiadań. Od niedawna zmaga się z prowadzeniem bloga, gdzie publikuje swoje prace.

niedziela, września 21, 2014

Od 1915 do 1918 roku, pod niemiecką okupacją, Puszcza Białowieska była eksploatowana na niespotykaną skalę.
W efekcie masowego wybijania zwierzyny przez żołnierzy, dezerterów i kłusowników ze stada żubrów liczącego przed wojną 727 sztuk nie pozostało prawie nic.

Jest rok 1919, do Białowieży przyjeżdża zagraniczny jegomość Kurzt, który nie zawaha się przed niczym, żeby powyższy cytat skorygować z "prawie nic" na "nic". Kurzt przybył do Białowieży na zaproszenie biznesmena Wolanda, który ma chytry plan jak zarobić grube pieniądze na dalszej eksploatacji Puszczy Białowieskiej - wyciąć puszczę w pień, a następnie wybudować w jej miejscu luksusowy hotel. Na drodze ku realizacji tego planu stoją mieszkające w puszczy żubry. Dopóki ostatni z nich żyje Kurzt i Woland mogą zapomnieć o intratnym interesie, a tego akurat nie mają w planach. Na szczęście na przeciw destrukcyjnym zamiarom pary czarnych charakterów stanął najwybitniejszy polski przyrodnik – profesor Władysław Szafer, którego marzeniem jest utworzenie chronionego Parku Narodowego. Jednak by do tego doszło, musi on potwierdzić, że puszczę zamieszkuje przynajmniej jeden żubr. Tak zaczyna się akcja komiksu Tomasza Samojlika, autora m.in. Ryjówki Przeznaczenia oraz Norki Zagłady.

Czytając przygody Ostatniego żubra, nie sposób nie chłonąć ciekawostek związanych z historią rezerwatu w Puszczy Białowieskiej czy też jej mieszkańców. Jest to historia w pełni oparta na faktach (poza oczywistymi wątkami fantastycznymi), zaś jej autorem jest doktor Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży. To świetny miks wiedzy, pasji i talentu, który skutkuje cieszącymi się popularnością publikacjami komiksowymi dla najmłodszych. Samojlik bez trudu udowadnia jak bardzo komiks edukacyjny może być fajny, zabawny, ładny i przede wszystkim nienachalny. Warto też podkreślić, że choć komiks Ostatni żubr, dedykowany jest młodszym czytelnikom, to wcale nie oznacza, że Ci starsi nie będą dobrze się bawili czytając przygody małego żubra, a wręcz przeciwnie. No i powiedzmy sobie szczerze, nigdy nie jest się za starym, żeby się czegoś nowego nauczyć. ;)

Kreska Tomka powinna być Wam już dobrze znana. Prosta, przyjemna, bardzo "cartoonkowa", tym jednak razem wzbogacona kolorami Joanny Szłapy. Część z Was pewnie wie, że komiks, który prezentujemy poniżej jest wydaniem drugim. Pierwsze, w pełni czarno-białe, ukazało się nakładem Zakładu Badań Ssaków Polskiej Akademii Nauk. Dopiero w wydaniu drugim puszcza zazieleniła się kolorami nałożonymi przez Joannę. Osobiście wolę kolorowanie Tomka, ale jest kilka plansz (w tym okładka), które kolorystycznie mnie oczarowały. Dodatkowo, wydanie to rozszerzone jest o żubrze łamigłówki, zadania oraz galerię gościnnych ilustracji. Zaś nasz egzemplarz wzbogacony jest jeszcze przepiękną ilustracją od Tomka, specjalnie dla nas. Fajna prawda? ;)

Autor: Tomasz Samojlik
Kolory: Joanna Szłapa
Wydawnictwo: Krótkie Gatki (Kultura Gniewu)

czwartek, września 18, 2014

Książka ta
posłuży radą,
jak wykazać się
ogładą.

Tak w skrócie można opisać o czym jest najnowsza książka autorstwa Oli Cieślak i prawdę powiedziawszy nic więcej już chyba nie napiszę. Ilustracje Oli totalnie odebrały mi mowę. Nie wiem jak mogliśmy do tego doprowadzić, że jest to pierwsza publikacja Oli na naszym blogu. Powinniśmy dostać po naszych włochatych, niebieskich łapach!
Co wypanda, a co nie wypanda to świetnie zaprojektowana i zilustrowana książka do nauki dobrych manier, z założenia dla dzieci, ale jak ktoś przegapił tę lekcję w dzieciństwie, to ma szansę ją nadrobić właśnie z tym tytułem. Wydana na grubym kartonie, książka zalicza się do tych "dziecko-odpornych" i powinna przetrwać nie jedną próbę pandziej lekcji dobrego wychowania.
No proszę, jednak musiałem wtrącić jeszcze swoje trzy grosze, ale teraz już milczę. Podziwiajcie, a jeszcze lepiej kupcie. Warto. Książeczka kosztuje tylko dziewiętnaście dziewięćdziesiąt i uwierzcie to będzie najlepiej wydane dziewiętnaście dziewięćdziesiąt w Waszym życiu. ;)

ps. Ola z Bloku sorry, poprawimy się.

Tekst i ilustracje: Ola Cieślak
Wydawnictwo: Dwie Siostry

wtorek, września 16, 2014

Napisany przez Michała Rzecznika i narysowany przez Przemka Surmę komiks z założenia miał być publikacją dla dzieci. Opowiada historię Adasia, typowego chłopca żyjącego na przełomie lat 88/89. Mieszka on z rodziną w mieście, ma swoją paczkę rówieśników, wędkuje z dziadkiem, stoi w kolejkach za prodiżem i marzy o klockach Lego (tu puszczamy oczko do Przemka, który od dawna, wraz z bratem, prowadzi blog inspirowany klockami Lego). Nie jest nikim szczególnym, nikim znanym. Jest typowym dzieckiem żyjącym w tamtych czasach, ale dla niektórych jest kimś więcej. No właśnie i tutaj pojawia się pytanie - czy faktycznie komiks 88/89 jest publikacją dla dzieci?
Michał Rzecznik scenariusz swojego komiksu oparł głównie na swoich własnych wspomnieniach i wspomnieniach ludzi pamiętających tamte czasu. Odnoszę wrażenie, że jest to publikacja, której mocną stroną jest bazowanie na sentymencie do czasów schyłku PRL. To komiks dla mnie, dla Grzegorza i całego naszego pokolenia. I trudno mi sobie wyobrazić jak odbiorą go współczesne dzieciaki czy nastolatki. Czy zrozumieją poszczególne sytuacje, żarty i będą śmiać się w tych samych momentach co my? Jestem tego ogromnie ciekawa ale niestety aktualnie nie mam pod ręką żadnego dziecięcego czytelnika...

Większość anegdotek w komiksie to sytuacje z codziennego życia dziecka w ówczesnych czasach. Braliśmy udział w podobnych lub podobne przytrafiały się naszym kolegom. Dzieci z miasta spędzały wakacje na wsi, a dzieci ze wsi odwiedzały krewnych w mieście. Ludzie stali w kolejkach po identyczne meblościanki i pomarańczowe składaki Romet, sprzedawało się butelki do skupu i nosiło śliskie mundurki do szkoły. Do rozpuku śmiałam się z historyjki o tym jak Adaś próbował zaobserwować na etykietach sklepowych "wzrost cen" i po nieudanych próbach obserwacji, doszedł do wniosku, że ceny muszą rosnąć w nocy. Takie właśnie rozterki towarzyszyły naszemu dzieciństwu. Grało się w gumę i siedziało na trzepaku.

Czy współczesne dzieci uznają czasy naszej młodości za "mega" nudne? Nie wiem. Rozumiem zasadne założenie autora, aby bawiąc śmiesznymi, codziennymi anegdotami przemycać między wierszami tekstu i w tle obrazków naszą historię najnowszą. Lecz czytając ten komiks cały czas zastanawiałam się nad tym, czy współczesne dziecko zrozumie choć trochę z tych historii. Pomijając już fakt, że cała sytuacja ówczesnego ustroju politycznego jest trudna do zrozumienia. W komiksie pojawiają się jeszcze słowa, które już dawno przestały obwiązywać w naszym codziennym życiu. Na szczęście akurat z tym autorzy poradzili sobie rewelacyjnie, umieszczając na końcu publikacji słowniczek. Tylko dlaczego nie ma w nim wyjaśnienia słowa kogel-mogel? Myślę, że obecnie nie jest to już tak popularny "słodycz", zwłaszcza w wegańskich domach. ;)

No dobrze, to jak jest w końcu z tym komiksem? Dla dzieci czy nie? Na koniec lektury doszłam do wniosku, że jest to komiks rodzinny. Bardzo ważny dla mojego, naszego pokolenia, ale też ważny w kontekście zachowania pamięci o tamtych, jakże odmiennych od obecnych czasach. Dlaczego komiks rodzinny? Wydaje mi się, że jest to idealna lektura do wspólnego przeczytania i przegadania z dziećmi.
Dorośli z pewnością rozwiną wiele wątków własnymi historiami i wytłumaczą niezrozumiałe sytuacje zawarte w komiksie. Przede wszystkim potwierdzą, że tak faktycznie było. Jestem przekonana, że wiele dzieci nie uwierzy w część historii z komiksu. A przecież one są wszystkie uniwersalnie prawdziwe.

A jak się prezentują ilustracje w tym komiksie, zapytacie? Rewelacyjnie! Zresztą zobaczcie sami.

Scenariusz: Michał Rzecznik
Ilustracje: Przemek Surma
Wydawnictwo: Widnokrąg
-
Komiks możesz kupić na przykład tutaj 
komiks 88/89

czwartek, września 11, 2014

Joa Bart łamana na Joannę Bartosik to studentka ostatniego roku grafiki projektowej na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Hurtowo projektuje plakaty, jak również identyfikacje wizualne, opakowania, gry, jednak zdecydowanie najbardziej lubi ilustrować. Jej dwie książki wzięły udział w tegorocznej wystawie "Książka dobrze zaprojektowana - zacznijmy od dzieci". Jej rysunki wzięły udział w II Ogólnopolskiej Niezależnej Wystawie Studenckiej z cyklu „Granice Sztuki” – „Granice Rysunku” organizowanej przez Koło Naukowe Czarny Kwadrat Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego przy współpracy z Galerią Turbo w Warszawie. Celująco obroniła dyplom, który pokazała później na wystawie książek w księgarni Bookarest w Poznaniu - "Rzuć look na artbook". Jest również ilustratorką w stawiającym pierwsze kroki wydawnictwie Oculino, którego celem jest wspieranie rehabilitacji dzieci z dysfunkcją wzroku. Więcej prac Joanny znajdziecie na jej prywatnej stronie. Zapraszam!

 
undefined