wtorek, marca 24, 2015

Zawaliliśmy sprawę! Bajka o Czerwony kapturku z wilkiem w tle, a my jej nie patronujmy? W dodatku ilustruję ją Izabela Dudzik! Zawaliliśmy jak nic. Trudno, nie ma co płakać nad rozsypanymi jagodami. Zobaczcie o co cały raban.

Może jest to mało profesjonalne z naszej strony, ale faworyzujemy niektórych ilustratorów. Większość z Was zdążyła już zauważyć, że Izabela "Dewizka" Dudzik zajmuje szczególne miejsce w naszych serduszkach jako polski ilustrator młodego pokolenia (dwa razy ilustrowała top naszego bloga). Kochamy jej folkowe ilustracje i cieszymy się niezmiernie, że doczekała się swojej własnej, papierowej publikacji. Ani trochę nie dziwi wybór historii do zilustrowania. Bardziej leśnej bajki z klasycznego repertuaru chyba nie znajdziecie.

Czerwony kapturek w wykonaniu Izabeli to nieco uwspółcześniona baśń znana wszystkim z dzieciństwa. Wydana jest w formie niemego picturebooka, czy może nawet komiksu, w którym treść jest budowana wyłącznie za pomocą dwustronicowych plansz i piktogramów ujętych gdzieniegdzie w komiksowy dymek jako wypowiadana kwestia. Brak treści pisanej pozwala młodym czytelnikom na samodzielne opowiadanie historii i budowanie własnej narracji. Rezygnacja z tekstu sprawia, że nic nie rozprasza czytelnika i pozwala mu się lepiej skupić na dużych, ale szczegółowych ilustracjach. Takie ćwiczenie koncentracji będzie sprawdzane na koniec książeczki, gdzie czytelnik zostanie poproszony o odszukanie różnych przedmiotów, które poukrywane przewijały się przez całą bajkę. By jeszcze mocniej zaangażować młodego czytelnika w samodzielne budowanie historii, na ostatniej stronie bajki znajduje się czysta kartka, na której autorka zaprasza byśmy narysowali własne zakończenie historii. Nie zapomniano też o starszych czytelnikach, dla których Marek Jagielski napisał tekstową wersję Czerwonego Kapturka, umieszczoną na ostatnich stronach książki.

Publikację wydała Brambla, odpowiedzialna choćby za rewelacyjny Praktyczny poradnik młodego projektanta. Książeczka wydana jest bardzo prosto, ale zgrabnie. Niewielki, zeszytowy format, gruba, ale nie sztywna okładka z wielkim skrzydełkami (super) i grubym, matowym papierem wewnątrz. O ilustracjach nie będę się rozpisywał, powiem krótko - jaram się! Oby Izabeli nie znudziło się nigdy rysowanie leśno-folkowych klimatów!
Ilustracje: Izabela Dudzik
Tekstowa wersja bajki: Marek Jagielski.
Wydawca: Brambla
Gdzie kupić? Tutaj

czwartek, marca 12, 2015

Sebastian Skrobol - projektant graficzny, ilustrator, kolorysta, pracuje głównie przy grach na urządzenia mobilne. Autor wydanego w 2014 roku, w pełni autorskiego komiksu Quiet Little Melody - A simple fairytale. Sebastian jest laureatem drugiej edycji konkursu na Stypendium Sklep.gildia.pl dla komiksowych debiutantów. O ile faktycznie, zrealizowany w ramach stypendium komiks Quiet Little Melody jest debiutem albumowym Sebastiana, to samego autora trudno nazwać debiutantem komiksowym. Do tej pory tworzył głównie krótkie formy komiksowe, publikowane w antologiach lub katalogach pokonkursowych. Tworzy najczęściej w duecie ze świetnymi scenarzystami takimi jak Denisem Wojdą i Bartoszem Sztyborem.
W 2008 roku zajął trzecie miejsce w konkursie na krótką formę komiksową na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi, za komiks pt. Szóstego dnia, do scenariusza Bartosza Sztybora. Od tego czasu, przez cztery kolejne lata z rzędu wygrywa swoim komiksem miejsce na podium w kolejnych edycjach konkursu MFK. W 2012 wraz ze scenarzystą Denisem Wojdą zajmuje upragnione :) pierwsze miejsce za komiks Ghost Kids: The ribbon. Lista zwycięskich konkursów jakie Sebastian ma na swoim koncie jest imponująco długa, zahacza nawet o konkursy zagraniczne. Jak sam wielokrotnie podkreślał, lubi konkursy ponieważ narzucają mu nieubłagany deadline, mobilizację, której bardzo potrzebuje.
W ramach nowej, testowej formuły na blogu, daliśmy Wam szanse zadać pytania autorowi (na naszym FB) i tym samym przeprowadzić z Sebastianem wywiad. Dorzuciliśmy od siebie kilka pytań. Zobaczcie jak to wyszło.


Grzegorz Teszbir: Twój komiks Quiet Little Melody realizowany był w ramach stypendium sklepu Gildia. Zakładam więc, że z tego tytułu miałeś ustalony termin zakończenia pracy, jak zwyczajne zlecenie. Nie mogłeś więc sobie pozwolić na totalną swobodę pracy, prawda? Czy taka presja czasowa była dla Ciebie problematyczna czy może wręcz przeciwnie, potrzebowałeś takiego bodźca by mobilizował Cię do systematycznej pracy?

Sebastian: Wcześniej długi czas nosiłem się z zamiarem zrobienia dłuższej historii, ale zawsze gdzieś się to rozchodziło po kościach. Głównym powodem dla którego wysłałem QLM, na konkurs sklepu Gildia było właśnie to że jakby udało się wygrać głupio byłoby nie skończyć. No i udało się wygrać. Żeby skończyć i tak musiałem się zwolnić z pracy i przejść na pół etatu, ale i tak wydaje mi się, że w tego typu dużych projektach presja czasowa jest niezbędna, szczególnie jeżeli jesteś krytyczny wobec siebie i rzeczy które robisz. Gdyby nie termin pewnie bym przerysowywał te plansze cały czas od nowa (na przykład teraz nie mogę przeglądać tego komiksu, bo aż mnie skręca jak widzę te wszystkie błędy i nie udane rysunki), a tak musiałem w pewnym momencie po prostu skończyć, zamknąć temat i ruszyć dalej, zrobić nowy komiks, lepszy. Termin musi być.

Aleksandra Carmilla Łęcka: Najbardziej mnie zastanawia na ile twórca komiksu, któremu udało się przebić w wydawnictwie, był pewny swojej pracy, kiedy tego wydawcy szukał? Na ile jest zadowolony ze swojej pracy? Czy jest pewny swojego talentu artystycznego, bo przecież komiks to sztuka...

Sebastian: Odpowiem (może trochę na około) o ogólnym podejściu do mojej pracy, bo wydaje mi się że właśnie to Cie interesuje. Czy mam wątpliwości do tego co robię? Jasne, przez większa cześć czasu nie mam pojęcia dokąd idę. Jak zaczynałem robić QLM chciałem po prostu zrobić najlepszy komiks na jaki mnie było stać w danej chwili, zrobić taki komiks jaki sam bym kupił w sklepie, taki jaki sam chciałbym przeczytać. Zacisnąłem zęby i po prostu zacząłem rysować. Być w tym szczerym i mieć z tego radochę, dla mnie póki co jakoś to działa. Po premierze QLM byłem przekonany, że recenzenci mnie zjadą jak psa, i że książka absolutnie nikomu się nie spodoba, na szczęście 99% z nich była pozytywna (z dwóch z nich, które były dla mnie najbardziej surowe i negatywne wyciągnąłem najwięcej).
Jeżeli narysuję jakąś rzecz, podoba mi się ona maksymalnie tydzień, później zaczynam dostrzegać w niej więcej błędów niż dobrych rzeczy. Więc pomyśl co muszę myśleć o komiksie, który zrobiłem prawie rok temu. Ciesze się, że powstał, cieszę się, że dzięki błędom jakie w nim zrobiłem następny będzie lepszy. Fajnie tez, że miałem sygnały, że jednak podobał się ludziom. Dla mnie to całe rysowanie to jest trochę taki wieczny trening. Codziennie po pracy, ćwiczę warsztat,  anatomie, rysowanie z natury, perspektywę itp. Co sobotę chodzę rysować golasów z natury. Samozadowolenie zabija proces rozwoju i najważniejsze, żeby nie stracić radochy z samego procesu twórczego. Bo dla mnie osobiście coraz bardziej liczy sie sama droga, którą ide niż dojście do celu, bo pewnie nigdy do niego nie dotre...


Karol Janson: Dlaczego komiks bez tekstu?

Sebastian: Powodów jest kilka. Pierwszy to taki, że po prostu lubię nieme komiksy np. komiksy Thomasa Otta!!! Fajnie się płynie przez jego historie. Drugi powód - historia może być czytana i rozumiana przez każdego na całym świecie, a nie ukrywam, że chciałbym żeby gdzieś ten komiks jeszcze zawędrował. Dzięki temu, że w komiksie nie ma słów łatwiej mi było napisać tą historie, jako raczkujący scenarzysta (QLM to był mój pierwszy napisany scenariusz od lat), a średnio radze sobie z dialogami. Dzięki temu, że zrobiłem wcześniej kilka niemych krótkich historii do scenariuszy Dennisa Wojdy i Bartka Sztybora, wiedziałem już (mniej więcej) jak opowiadać bez słów.



Natalia Rak: Co kryje się pod symbolem trójkąta nad głową głównej postaci z komiksu Quiet Little Melody? Czy istnieją także inne ukryte symbole świadomie użyte w komiksie?

Sebastian: Trójkąt nad głową dziewczynki z okładki to amulet, który występuje w samym komiksie. Lubie trójkąty bo kiedyś naczytałem ze zaznacza się nim miejsce pojawienia się demona podczas rytuału przyzwania. Co do innych symboli, to raczej nie. Jedno z dzieciaków w komiksie ma na koszulce logo Rogue Squardon z Gwiezdnych Wojen. Lubię Gwiezdne Wojny.

Boschonka Ia: Czy jest Pan zadowolony z końcowego efektu wydawniczego - wyglądu publikacji i faktu, że komiksem Quiet Little Melody są zainteresowane także dzieci (nieco upiorne, w naszym wypadku ośmioletnie), bo to chyba efekt nieplanowany?

Sebastian: Ogólnie tak, jestem zadowolony. Paru rzeczy nie dopilnowałem, kolory wyszły trochę za ciemne, marginesy od środka są za małe itp. No ale pierwszy raz składałem taki duży projekt do druku więc jest całkiem nieźle.
Jeżeli chodzi o młodych odbiorców mojego komiksu to powiem tak - ja sam za dzieciaka oglądałem cała masę horrorów i w sumie jestem chyba normalny. Jednak nie planowałem tego by komiks był skierowany do dzieci, ale podejrzewam, że dla nich ta historia może być dużo ciekawsza. W założeniach to miała być książka dla dużych dzieci takich jak ja.



Jan Oh
: Moore, Morrison czy Gaiman, a jeśli nie oni to kto jest dla Ciebie nr 1 w kategorii "scenarzysta komiksowy"?

Sebastian: Nie lubię typować "numeru 1", za dużo dobra jest na świecie żeby się ograniczać. Moore jest super, Morrison to psychol, a Gaimana wole chyba jako pisarza książek i opowiadań niż komiksów. Z klasyków to jeszcze uwielbiam Ennisa (za kaznodzieje). Z nowych rzeczy skopał mi tyłek Rick Reminder i jego Deadly Class. Natomiast z rysowników, król jest jeden i jest to Mike Mignola.

Monika EudajMonia: Czy Będzie Pan robił printy na sprzedaż z poszczególnych kadrów? Mam swoje ulubione i marzę żeby powiesić je na ścianie w dużym formacie.

Sebastian: Raczej nie, (za cienki bolek ze mnie i za mały fanbase żeby to było jakoś opłacalne), ale jeżeli ktoś napisze bezpośrednio do mnie z takim zapytaniem to na pewno się dogadamy.

Mat Heldwein: Jak łączysz pisanie z rysowaniem? Jak układasz historię, po kolei, od pierwszego pomysłu, poprzez ogólny zarys historii aż do poszczególnych scen? Czy pisząc dla samego siebie, faktycznie piszesz pełen scenariusz i na ile szczegółowo a ile swobody zostawiasz sobie żeby wyszaleć się rysunkowo?

Sebastian: Zazwyczaj się to zaczyna od jednego rysunku, jednej scenki, jednego patentu. Gdzieś tam się to w głowie układa i piszę sobie takie mini opowiadanie. Nie muszę opisywać wszystkiego dokładnie bo większość mam w głowie ale staram się żeby to było dosyć konkretne i buduje sobie już nawet poszczególne kompozycje plansz i kadrów w głowie. Później sobie to rozrysowuje w szybkim storyboardzie (absolutnie nikt poza mną by chyba nie wiedział co jest na tych rysunkach). No i później wiadomo, mnóstwo zmian, poprawek, nowych pomysłów. Skaczę sobie od rysowania do pisania, aż wszystko mi zagra. Raczej wszystko sobie planuje, a przypadek staram się niwelować do minimum, no ale wiadomo, że wszystkiego nie przewidzisz. Z QLM akurat musiałem rozpisać wszystko, kadr po kadrze dla wydawcy.
Wiec przepisałem ten cały rysunkowy storyboard na scenariusz pisany. Tylko dla siebie na pewno bym tego nie robił.




Anna Krztoń: Czy komiks Quiet Little Melody powstawał w całości na kompie, czy część była realizowana technikami tradycyjnymi? A jeśli tak, to jakich narzędzi używasz i czy rysujesz np. na stole podświetlanym?

Sebastian: Tylko kolorowany był na kompie. Rysunki robiłem na papierze nie cieńszym niż 220 g, na formacie a3, ołówkiem HB, a później, głównie pisakami Rotring Tikky Rollerpoint EF, a do grubszych rzeczy jakikolwiek czarny marker.
Tak naprawdę zazwyczaj rysuje wszystkim na wszystkim, wiec jak akurat skończy mi się papier albo cienkopisy się wypiszą to łapie za coś innego. W albumie starałem się być w miarę konsekwentny, żeby to wszystko wyglądało po prostu podobnie. Stołu kiedyś szukałem ale nie mogłem znaleźć w formacie a3, a teraz kupiłem sobie Cintiqa i rysowanie na papierze poszło trochę w odstawkę.

Mat Heldwein: Jaki papier pod te ołówki? A przy tym jak miękkie ołówki? OK, po prostu jaka kombinacja papieru z ołówkami żeby kreska była wyrazista a jednocześnie, żeby się ołówek nie rozmazywał?

Sebastian: Tak jak już wspomniałem rysuje na grubym papierze, minimum 220g, ale raczej dlatego, że później to się mniej niszczy. Ołówki HB. Nie ma opcji żeby ołówek ci się czasem nie rozmazał (tym bardziej miękki). Proponuję podkładać sobie kartkę pod rękę, którą rysujesz, na pewno pomoże)

Mateusz Marek: Co Pana tak fascynuje w tych kolorach mocnych i tak dużo używanych (jak zielony, niebieski, pomarańczowy)?
Mateusz Gizi Giziński: Czemu w Twojej sztuce jest tyle "radioaktywnej" zieleni?

Sebastian: Odpowiem na te dwa pytania na raz. Lubie jak jeden kolor wybija się ponad cały obrazek.
Ukradłem to od wujków Mignoli i Stewarta, (jak wiele innych rzeczy zresztą). Dobieram kolory tak żeby pasowały do tematyki i klimatu jaki chce uzyskać.



Maciej Gierszewski: Pana ulubiony temat rozmów wśród znajomych?

Sebastian: [Ocenzurowano] ;)

Katarzyna Imana: Dlaczego je Pan pizze bez sera?

Sebastian: Ser to sam tłuszcz, a ja chce być fit, jak wszystkie modne dzieciaki. Kiedyś miałem problem z żołądkiem i jeden pan doktor powiedział, że ser jest niezdrowy i że to tak jakbym jadł fekalia.
Nie mam pojęcia ile w tym prawdy i nie chce wiedzieć. Od tamtej pory nie jem sera. A pizza bez sera jest spoko, polecam.

Grzegorz Teszbir: Takie sztampowe pytanie na koniec. Jeżeli miałbyś wywalić wszystkie komiksy ze swojego regału i mógłbyś zostawić tylko JEDEN, jaki by to był komiks?

Sebastian: Hellboy: Chained Coffin, ewentualnie The Amazing Screwonhead, czyli wujek Mignola w najlepszym wydaniu.

Grzegorz Teszbir: Ok, teraz już na prawdę ostatnie pytanie. Nad czym teraz pracujesz? Szykujesz może jakiś nowy album komiksowy?

Sebastian: Robię właśnie zbiorek ze swoimi krótkimi komiksami, do scenariuszy Bartosza Sztybora i Dennisa Wojdy. Prawie każdy z tych komiksów dostał nagrodę w różnych konkursach, więc są to chyba niezłe komiksy. Będą tam też co najmniej trzy premierowe historie. Nie ma jeszcze wydawcy, ale mam nadzieję, że ktoś będzie chciał to wydać. Poza tym pracuję jeszcze nad dwoma "tajnymi" projektami, których szczegółów na razie nie chcę zdradzać, ponieważ sam jeszcze nie wiem co z tego wyniknie. Ale ogólnie, nie próżnuję i jak wszystko pójdzie dobrze powinniście się doczekać więcej moich komiksów.

Część zrealizowanych projektów Sebastiana możecie pooglądać na jego stronie.
Komiks Quiet Little Melody: A simple fairytale możecie kupić tanio w tych sklepach.
Autorką zdjęć jest Anna Warda.

środa, marca 11, 2015

Kolejny wilczy fanart spłynął na naszego maila. Jego autorką jest Agata Pietrusz. Agata uwielbia kropki! :)
Agata o sobie:
Nazywam się Agata Pietrusz (ur. 1982). Rysuję dla swojej przyjemności i relaksu 3 godziny dziennie, codziennie. Przez to w kolejce czekają książki do przeczytania. Kolekcjonuję matrioszki i książki dla dzieci. Marzę o tym, że ktoś kiedyś wyda moją książeczkę o Matrioszce. Moją ulubioną ilustratorką jest Ingela Arrhenius. Ponadto szalenie lubię kropki, stare meble i moją córkę Teklę :). Od niedawna mieszkam w Glasgow. Jestem architektem (skończyłam Wydział Architektury i Urbanistyki na Politechnice Gdańskiej).

czwartek, marca 05, 2015

Bywają ludzie obdarzeni wieloma talentami. Z pewnością można do nich zaliczyć Ernę Rosenstein. Nie dość, że była wybitną malarką, to przejawiała także talent poetycki i jak się okazuje także bajkopisarski.
Zaprezentowane w tej książce bajki były pierwotnie publikowane na łamach Świerszczyka i Przyjaciela. Natomiast formy zebranej doczekały się za sprawą wydawnictwa Warstwy. Treściowo bajki są zróżnicowane, ale w wielu z nich wyczuwalne są echa wojny, życia w gettcie, straty bliskich. Dla mnie najbardziej wzruszające są dwie bajki – Babcia i Chłopczyk. Pierwsza opowiada o starszej i samotnej kobiecie, której przyjaciółmi stają się wiatr, brzoza i księżyc. Pewnego dnia odwiedza ją także jej dusza pod postacią małej dziewczynki. Babcia pomaga jej nie wiedząc kim jest. Następnego dnia przeistacza się w piękną i zabiera babcię ze sobą. Druga z przytoczonych bajek również opiera się o bezinteresowną pomoc. Biedny chłopiec przygarnia starą kaleką suczkę. Po pewnym czasie na świat przychodzą szczenięta. Chłopiec sprzedaje podrośnięte pieski i zarabia na lekarza dla niewidomego ojca. Dzięki temu ojciec może wrócić do pracy. Nie ma w tych bajkach zakończeń "jak z bajki" – nie ma złota, księżniczek, balowych sukni... Są raczej trudy życia i przebijające się przez nie promyczki nadziei i wiary w bezinteresowne działanie. Całość najlepiej podsumowują kwiaty wyrastające pośród murów opuszczonej zniszczonej kamienicy w krótkiej bajce Gruzy. Tak właśnie musi wyglądać życie po tragedii, jaką jest wojna. Warto pokazać dzieciom inną wersję bajek – nie tylko takie cukierkowe i księżniczkowe historie.
Cały zbiór ma dosyć senny klimat, który dodatkowo potęgują ilustracje Karola Banacha. Są one jednocześnie mroczne i dziecięce, trochę retro ale też mocno współczesne. Bardzo dobrze oddają treść i atmosferę bajek Erny Rosenstein. Duży format książki (A4) jest idealny pod styl jakim operuje Karol.

Forma wydania jak zwykle w przypadku wydawnictwa Warstwy na najwyższym poziomie. Gruba, sztywna, okładka (papier tłoczony poliwrap, lekko impregnowany), bardzo dobry skład i co równie ważne, przystępna cena (35zł) czyni z tej książki pozycję obowiązkową dla każdego fana pięknie wydanych, cudownie zilustrowanych i mądrych bajek.
Tekst: Erna Rosenstein
Ilustracje: Karol Banach
Projekt graficzny, projekt okładki i skład: Ryszard Bienert
Wydawnictwo: Warstwy

wtorek, lutego 24, 2015

Pamiętacie jak w zeszłym roku bawiliśmy się wspólnie w pisanie bajki, którą później kilka osób zilustrowało? To była świetna, spontaniczna zabawa, która rozegrała się na naszym profilu facebook, a której efekt mogliście zobaczyć w tym wpisie. Ostatecznie wyszedł z tego totalny absurd (stąd podtytuł bajki), żeby nie powiedzieć bełkot, ale zabawy i frajdy jaką przy tym mieliśmy nikt nam nie odbierze. Koniec kropka.
Kilka dni temu spotkała nas nie lada niespodzianka. Myśleliśmy, że temat "absurdalnej bajki" to zamknięty wpis zeszłego roku, ale nie mogliśmy się mylić bardziej. W skrzynce pocztowej czekał na nas prezent od pracowni Do Kwadratu, która to zebrała naszą (Waszą też) bajkę wraz z ilustracjami i wydrukowała ją w formię mini książeczki. Jestem pod wrażeniem jakości wydruku ilustracji, nawet przy tak mały formacie to nadal był druk z obrazków o szerokości 590 pikseli, pobranych ze strony. Wyszło bardzo fajnie. Niespodzianka miła i fajna, szczególnie (nie będę tego ukrywał), że bardzo podoba mi się fakt, że mamy książeczkę wydaną w nakładzie jednej sztuki (kusi dopisać ołówkiem 1/1).
Unikat, biały kruk, leci do szklanej gablotki. ;)

Pomysł: Grzegorz Teszbir i Weronika Kołodziej
Bajkę wspólnie napisali:
Aleksandra Klęk-Drożyńska, Kinga Sołtys, Boschonka Ia, Kasia Siwko, Jacek Łupieński, Monika Petryna, Skrobol Sebastian, Iga Popowicz, Dominika Węcławek, Mateusz Marek, Paweł Markowski, Iwona Jasinska, Kamila Sujka, tratatata pinita, Palcówki - shorty komiksowe, Monika Burblis-Pucia, Anna Rejowska Gumulak, Łucjusz Łucjanna, Katarzyna Wójtowicz, Izabella Masalska, Beata Kafel, małe książki, Grzegorz Teszbir, Artur Wabik
Korekta: Grzegorz Teszbir, Milena Buszkiewicz
Bajkę zilustrowali: Tomek Kaczkowski, Sebastian Skrobol, Weronika Kołodziej, Grzegorz Teszbir
Druk (wydanie???): Do Kwadratu

niedziela, lutego 22, 2015

Jak wiecie, lubimy dobrze zaprojektowane rzeczy. Są wśród nich także literki. Sami też czasem bawimy się w krojenie liter, np. w ramach projektów dla naszej marki Runo.
Ale to co Wam za chwilę pokażemy to prawdziwe crème de la crème dla typolubów.
Typozine to nietypowy artbook stanowiący katalog krojów pism. Każda strona to jeden font, jednego autora – łącznie 28 garniturów zaprojektowanych przez 28 zaproszonych projektantów z Polski i zagranicy. Wszystko wydrukowane ręcznie sitodrukiem w nakładzie 88 sztuk z czego do oficjalnej sprzedaży trafiło sztuk 54.  Każdy egzemplarz jest ręcznie numerowany, szyty i na dodatek oprawiony w płócienny (lub inny imitujący płótno materiał) grzbiet.
Podsumowując: fonty + sitodruk + limitowany nakład. Trzy najlepsze powody aby mieć tę pozycję w swoich zbiorach. Często pisząc teksty do naszych prezentacji, zwracam uwagę na to, że z danej pozycji najchętniej powyciągałabym niektóre kartki i umieściła w ramkach na ścianie. Z Typozine nie ma tego problemu. I nie dlatego, że nie chcę, a dlatego, że oprócz publikacji, można zakupić sobie plakat z ulubionym krojem. Super koncept!
Na koniec jeszcze słówko o Kwiaciarni Grafiki, która stoi za tym projektem. Polecamy Wam zapoznać się także z ich wcześniejszym dziełem - Tour de Rower Zine. Strasznie żałujemy, że nie mamy jej w zbiorach. Na szczęście Kwiaciarze szykują właśnie drugą edycję tego przedsięwzięcia – śledźcie zatem uważnie ich poczynania.
Autorzy: Łukasz Dziedzic, Edgar Bąk, Fontarte, Theosone, PAĪSM83, Valery Virag, Full Metal Jacket, Michal Škapa, Hakobo, Nina Gregier, Xpome, Viktoriya Grabowska, Wiur, UVMW, Ikon, Kamil Słomianowski, Paweł Ryżko, Bartosz Jańczak, Jakub PIONTY Jezierski, Kalina Możdżyńska, Jarema Drogowski, Dasha Levchuk, Mateusz WLK Wolski, Bartek Bojarczuk, Jan Bajtlik, Swear A Lot, Paweł Lachowicz, Paweł Lachowicz, Inessa Kamardina
Wydawca: Kwiaciarnia Grafiki


wtorek, lutego 10, 2015

To, o ile się nie mylę, pierwszy komiks niebędący reprintem, wydany przez wydawnictwo Centrala w Wielkiej Brytanii. Fertility to komiksowy debiut Gosi Herby (rysunki, scenariusz) i Mikołaja Pasińskiego (scenariusz). Komiks opowiada o czterech kobietach, przyszłych mężatkach, które znajdują w starej księdze przepis mówiący, że zjedzenie zajęczej podpuszczki przed nocą poślubną zagwarantuje poczęcie i urodzenie chłopca. Wszystkie kobiety chcą urodzić zdrowych synów dla swych przyszłych mężów. Dlatego wybierają się do lasu rozłożyć sidła i upolować zające. Nie mają pojęcia, że to czego tak bardzo pragną, czyli tytułowa "płodność" (ang. Fertility) stanie się ich największym koszmarem.
Komiks Herby i Pasińskiego przywołuje na myśl stare ludowe baśnie i podania, w których świat zwierząt i ludzi przenika się na płaszczyźnie codziennej. Gdzie dwie społeczności żyją obok siebie z zachowaniem naturalnego porządku. Co jednak się stanie gdy ten porządek zostanie brutalnie złamany i dojdzie do konfrontacji obu światów i kultur? Tego na własnej skórze dowiedzą się cztery bohaterki komiksu.
Brutalna, momentami obsceniczna historia komiksu Fertility złagodzona jest świetnymi ilustracjami Gosi Herby. Wykonane w technice mieszanej plansze (tusz + cyfrowe kolorowanie), z ograniczoną sino-kremową paleta kolorów, genialnie oddają klimat starej baśni.
Komiks jest w pełni niemy, pozbawiony dymków. Herba bardzo dobrze radzi sobie wyłącznie przy użyciu narracji obrazkowej. Cały komiks podzielony jest na kilka mini rozdziałów, które pozwalają na szybsze przeskoki w czasie bez utraty czytelności fabularnej.
Największym (dla mnie) smaczkiem graficzny komiksu jest okładka stanowiąca fragment obrazu Gosi Herby pt. „In a Forest Dark and Deep”. I w gruncie rzeczy sam ten tytuł idealnie podsumowuje klimat komiksu.

Tak jak wspomniałem na początku, komiks ten został wydany w Wielkiej Brytanie, gdzie na początku 2014 roku wydawnictwo Centrala przeniosło swoją siedzibę. Można go jednak znaleźć w wybranych, polskich księgarniach specjalistycznych takich jak np. Picturebook.

UWAGA! O ile starałem się nie zdradzać za bardzo fabuły komiksu, to z racji tego, że komiks jest niemy, część plansz poniżej może to zrobić.
Scenariusz: Mikołaj Pasiński, Gosia Herba
Ilustracje: Gosia Herba

wtorek, lutego 03, 2015

Przed Wami publikacja, która zdobyła tytuł Książki Roku 2014 w kategorii "ilustracje" napisana i zilustrowana przez jedną osobę - Marię Ekier. Gdzie jak gdzie, ale książka wyróżniona takim tytułem musiała prędzej czy później pojawić na naszym blogu. W końcu jest to blog o ładnych książkach i fajnych komiksach. Maksyma, którą przecież znacie już doskonale. Zaskoczę Was jednak pisząc, że po przeczytaniu książki Pani Marii jesteśmy równie zachwyceni treścią, co ilustracjami, a może nawet bardziej treścią.

Książek do nauki alfabetu jest sporo. Lepsze i gorsze, wszystko zależy od podejścia i pomysłu. Najważniejsze dla dzieciaków jest to, żeby nie było nudno. No bo ile można wciskać te oklepane "A jak arbuz, B jak babcia, C jak cebula..."? No dajcie spokój. Jednak, jak udowadnia Maria Ekier, to wcale nie musi być taka nudna klepanina. Autorka bardzo fajnie uporała się z tematem, bo widzicie, nasz alfabet może być, a nawet JEST bardzo inspirujący. Zamiast banalnych powiązań Maria Ekier serwuje czytelnikom (małym i dużym) wyrafinowane rymowanki o apatycznym Alojzym z Arktyki, demonicznym domatorze Drakuli, hardej hienie, jasnoskrzydłych jętkach, upierzonej uszatce, wiotkim wężu i wielu innych. Serię 25 wierszyków zamyka tytułowe złotouste zero w zenicie. Niesamowita jest wprawność autorki w wierszowaniu. To nie tylko genialna książka do nauki alfabetu, to rewelacyjna książka do ćwiczenia naszego języka (już nawet nie mówię o rozwoju słownictwa), ale języka jako naszego mięśnia. Zresztą sami zobaczcie. Rozciągnijcie usta, poruszajcie językiem i przeczytajcie sprawnie na głos fragment:

Bladolicy bąk Błażej z bindugi
Do Hiszpanii poleciał na długi
Weekend. Z głodu ukradkiem
Byczym zajął się zadkiem
I ogromnie bikaver polubił.

I jak Wam to poszło? A to jeden z łatwiejszych języko-łamaczy. :)
Cała zabawa językowa z alfabetem dopełniona jest świetnymi, zabawnymi ilustracjami wykonanymi w technice mieszanej (z tego co mi się wydaje to głównie farby wodne i kredki, może jeszcze tusz). Do naszych ulubionych ilustracji zaliczają się wspomniane wcześniej jętki namalowane na czarnym tle, kolorowy wijący się wąż, no i oczywiście ilustracja na okładce (pięknie kontrastujące ze sobą elementy). Maria Ekier świetnie spisała się w roli autora tekstu i ilustratora.
Brawa również należą się wydawcy - Wydawnictwu Hokus-Pokus, za formę w jakiej książka została wydana. Gruba, żółta kartonowa okładka i rewelacyjny, kontrastujący czarny płócienny grzbiet. Kochamy takie smaczki. Piękne wydanie. Polecamy. Będziecie zachwyceni.
Autor: Maria Ekier
Wydawnictwo: Hokus-Pokus

piątek, stycznia 30, 2015

Pamiętacie jak do znudzenia polecaliśmy i zapraszaliśmy Was na drugą edycję festiwalu Złote Kurczaki, która miała miejsce we Wrocławiu dnia 17 stycznia? Pisaliśmy, że będzie fajnie, że czeka Was tam masa atrakcji, pisaliśmy? Ano pisaliśmy! Jeżeli nie daliście się namówić to teraz patrzcie jakie graficzne cacuszko przeszło Wam koło nosa. ;) Jednym z gości festiwalu był niemiecki twórca komiksowy - Ralph Niese, który na naszym rynku zadebiutował w pierwszym numerze zina Triceps z wydawnictwa ATY.
Styl Ralpha przywołuje na myśl popartowe rysunki Paula Popa, Mika Allred'a czy też Jamiego Hewlett'a i jeżeli to porównanie nie sprawi, że z ekscytacją, czym prędzej przewiniecie stronę do obrazków, to już nie wiem co mogłoby to sprawić.
Ralph Niese tworzy głównie komiksy niezależne, wydawane w różnych antologiach przez rożnych wydawców na całym świecie. Zajmuje się też ilustrowaniem opakowań dla niezależnych twórców figurek. Jego najbardziej charakterystycznym tytułem/komiksem są przygody Młodego Czasopodróżnika (Young Time Traveller).
Postać Młodego Czasopodróżnika została wprowadzona w celu połączenia luźnych pomysłów zebranych z ostatnich 6-9 lat twórczości autora, by ostatecznie stworzyć kompletną sagę fantasy.
Na Złote Kurczaki Ralph przywiózł ze sobą kalendarz promujący jego komiks. Zresztą sam kalendarz jest też po części komiksem. Właściwie to taki miks. Z jednej strony mamy plansze kalendarza z drugiej plansze z komiksem o przygodach, wiadomo, Młodego Czasopodróżnika. Żeby tego było mało, jest jeszcze jedna ciekawostka. Z okazji wizyty Ralpha w Polsce, wydawnictwo ATY wydało komiks Młody Czasopodróżnik - Donald & Simon stanowiący fragment uniwersum Młodego Czasopodróżnika.

Na koniec przyznam się, że trochę się z Wami droczyłem. Jeżeli nie kupiliście kalendarza na festiwalu Złote Kurczaki to można go zamówić w sklepie Gildia. Podobnie zresztą jak komiks Czasopodróżnik - Donald & Simon (który przy odrobinie czasu też zaprezentujemy na naszym blogu).

Teraz podziwiajcie, napawajcie się, wsiąkajcie w te ilustracje jak masełko w ciepłego tosta.
Smacznego.
Autor: Ralph Niese

wtorek, stycznia 27, 2015

Ta minimalistyczna graficznie książeczka opowiada o dziewczynce imieniem Mito, która wybiera się z rodzicami w podróż do stolicy Japonii. Dla naszej bohaterki będzie to pierwsza wizyta w Tokio i dlatego postanawia przed wyjazdem dowiedzieć się co nieco o tym mieście. Wybiega więc na podwórko i po kolei przepytuje napotkane zwierzęta. Otrzymuje od nich zadziwiające odpowiedzi, np. że w Tokio kruki pracują przy wywozie śmieci, sumy surfują na falach, a przeróżne inne zwierzęta dostarczają tam przesyłki pocztowe. Jak się potem okazuje wszystkie w pewnym sensie miały rację. :) Dowiadujemy się tego z pocztówek, które przyjaciele otrzymują od Mito mieszkającej w Tokio.

Pod względem wizualnym książeczka jest idealnie oszczędna – proste kształty, dużo oddechu i mocnych kolorów. Może nie "mangowo japońska" ale na pewno wyczuwa się w jej graficznej warstwie japońskiego ducha. Autor świetnie podkreśla to co ważne i odpuszcza rysowanie zbędnych detali. Płaskie kształty gdzieniegdzie ożywione zostały kolażowymi fakturami (włosy Mito) czy fragmentami zdjęć miasta, zdjęciami monet. Dodaje im to pewnej dynamiki i autentyczności.

Na końcu znajduje się tekst od autora, który opowiada nam odrobinę o powstaniu książki. Co ciekawe sam autor zamieszkał w tym mieście dopiero po studiach i był tak zaprzątnięty codziennością, że nie dostrzegał wyjątkowości miejsca, w którym żyje. Myślę, że śmiało możemy wywnioskować, że autor z pomocą Mito odkrywał na nowo miasto, w którym mieszkał, zaś opracowanie tej książki to próba świeżego spojrzenia na znane mu miejsca.
Muszę przyznać, że początkowo potraktowałam tę książeczkę bardziej jako mini-przewodnik zachęcający do wyprawy za siedem mórz, ale teraz już wiem, że to przede wszystkim prowokator do wyjścia z domu i odkrywania własnego miasta/okolicy na nowo. Polecam wziąć aparat, szkicownik lub różowe okulary żeby łatwiej było zmienić perspektywę :)

Autor: Taro Miura
Wydawnictwo: Tako

wtorek, stycznia 20, 2015

Część z Was pamięta zorganizowany jakiś czas temu na facebooku konkurs, w którym można było wygrać kalendarz Monoruno. Waszym zadaniem było wymyślić dla Tomka Kaczkowskiego zwierze, które mogłoby się pojawić w jego przyszłorocznym kalendarzu. Wasza reakcja była jak zwykle rewelacyjna.  Lawinowo posypały się pomysły, jak się później okazało, bardzo inspirujące dla Tomka. Zwycięzcą wśród zwierzaków okazał się Binturong czyli Niedźwiedzio-kot i to on pojawi się w kalendarzu na 2016 rok. Jednak część podesłanych propozycji spodobały się Tomkowi do tego stopnia, że postanowił owe zwierzęta sportretować natychmiast.
Tak powstał wpis, który właśnie czytacie/oglądanie. To jeden z tych postów, które nie potrafię z marszu zatytułować, ani nadać im właściwą kategorię. Żaden to fanart, ani wpis około-książkowy.
Przyjmijmy więc, że jest to zwyczajna galeria niezwyczajnych kumpli naszego wilka Lupusa.
Miłego oglądania.

czwartek, stycznia 15, 2015

Monika Grubizna (1985) – artystka grafik, ilustratorka (Long Muzzle). Absolwentka Wydziału Sztuk Pięknych na UMK w Toruniu, dyplom z wyróżnieniem w pracowni serigrafii (2010). Brała udział w kilkudziesięciu wystawach grafiki i ilustracji w Polsce i za granicą (m. in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Korei Południowej, Grecji i Stanach Zjednoczonych). W 2014 roku jej ilustracje zostały docenione przez jury American Illustration 33 i 3x3 Professional Show. Współpracuje głównie z instytucjami kultury, wydawnictwami i prasą. Aktualnie mieszka w Bostonie, MA.

niedziela, stycznia 11, 2015

Najnowsza pozycja od Ładne Halo to swoisty przewodnik po miejscówkach do chowania najróżniejszych skarbów. Nie ma na to chyba w naszym języku bardziej odpowiedniego słówka niż tytułowe Skrytki. Takową skrytką może być prawie każde miejsce – jedne dlatego, że nieoczywiste i rzeczywiście trudno dostępne, inne bazujące na powiedzonku „pod latarnią najciemniej”. I tak autorzy podsuwają nam m.in.: nieoczywistą skrytkę za korą drzewa ale też nasze własne buzie jako miejsce ukrycia skarbu.

To kolejna książka dla dorosłych i dzieci jednocześnie. Wydawca określa wiek czytelnika na +3, ale słusznie górna granica się nie pojawia. Dla dzieciaków będzie to przede wszystkim wspaniały pretekst aby przypomnieć sobie wszelkie zapomniane skrytki i wymyślić kilka nowych. Może nawet podczas lektury zdradzą jakieś swoje kryjówki?  Dla dorosłych z kolei ta pozycja może być jedną z (jak my to nazywamy) „jazd sentymentalnych”. Nie muszę chyba pisać, że my uwielbiamy sobie takowe „tripy” fundować :) I Wam też polecamy - pomaga to wielce w pielęgnowaniu wewnętrznego dziecka i łapaniu dystansu. W przypadku tej książki nagle dobijają się do nas wspomnienia z kombinowania naszych własnych skrytek i dzielenia się tymi drobnymi tajemnicami. Pamiętacie trend na szklane „sekrety”, w których pod kawałkiem szkiełka zakopanym w ziemi ukrywało się znalezione błyskotki, liście i płatki kwiatów?? To była strasznie fajna zabawa :)

Od strony wizualnej książka jest przepięknie minimalistyczna. Frapująca czarna okładka z dziurką od klucza, szalona wyklejka i proste, acz oryginalne ilustracje wewnątrz, tworzą z niej piękny przedmiot. Strona ze schodami na strych lub ta łóżkiem, które notabene mogłoby być obrazem Marka Rothko – mistrzostwo. Oszczędność i trafność idą tu w nierozłącznej parze. Tekst nadąża za ilustracjami Agaty Królak – jest krótki ale lotny. Czyta się go wręcz nie rejestrując czynności czytania. Przyjemna książeczka, aż żal że tak szybko się kończy. No ale, autorzy nie mogli przecież sprzedać maluchom wszelkich możliwych pomysłów na skrytki – nie byłoby pola do popisu po lekturze :)
Książeczka została wyróżniona ilustracje w konkursie na "Książkę Roku" przez Polską Sekcję IBBY.

Ps. A jakie Wy mieliście ulubione skrytki? Zdradzicie? Nikomu nie piśniemy. :)

Tekst: Mateusz Wysocki
Ilustracje: Agata Królak

niedziela, stycznia 04, 2015

Iwony Chmielewskiej raczej nikomu z Was nie trzeba przedstawiać. Jej książki nie od dziś budzą zachwyt i uznanie w Polsce i poza jej granicami. Można by się zastanawiać co dokładnie za tym stoi, ale ja myślę, że chodzi głównie o takie całościowe podejście do książki. Książki jako pięknego przedmiotu, książki jako nośnika wartościowych idei i książki jako formy autorskiej wypowiedzi artystycznej.

Najnowsza książka Chmielewskiej jest hołdem złożonym jednemu z naszych najważniejszych zmysłów, niedocenianemu na co dzień - wzorkowi. Nie myślimy na co dzień o tym, że to dzięki niemu możemy podziwiać te wszystkie piękne rzeczy nas otaczające, że to on ostrzega nas przed niebezpieczeństwem i nie myślimy o tym jak wyglądałoby nasze życie bez niego. Chmielewska i na to pytanie odpowiada w rewelacyjny sposób. Pokazuje ile zyskujemy dzięki temu zmysłowi, ale pokazuje także jak z jego brakiem  radzą sobie ci, którzy nigdy nie widzieli lub zdolność wzroku utracili. Jaki dar dostają w zamian.

Oczy to w całości autorska pozycja. To z jednej strony taka książka-zabawka z wyciętymi migdałowymi kształtami oczu na co drugiej kartce, ale również książka-narzędzie do wymuszania na czytelniku głębszej refleksji. To jest taka trochę książka-pułapka – najpierw wzrok przyciągają piękne delikatne ilustracje i ktoś może dać się zwieść, że będzie to coś bardzo lekkiego w odbiorze, jak subtelne kreski rysunków Chmielewskiej. A tu okazuje się, że trzeba o czymś poważnym pomyśleć i czasem po lekturze jeszcze o tym porozmawiać. Jest to jedna z tych książek, które w rewelacyjny, kreatywny sposób dają do myślenia.
Ja tam lubię takie "pułapki" i uwielbiam być skłaniana do refleksji. Dlatego z czystym sumieniem polecam Wam tę publikację.

Warto wspomnieć, że książka oryginalnie została wydana przez koreańskie wydawnictwo Changbi, a w 2013 roku otrzymała nagrodę główną Bologna Ragazzi Award. Za Polską edycję odpowiada wrocławskie wydawnictwo Warstwy. Jest to ich pierwsza publikacja na naszym blogu i z pewnością nie ostatnia. Szczególnie, że jesteśmy zachwyceni formą wydawniczą oraz dopracowaniem publikacji w najmniejszym szczególe. Nie mam tutaj na myśli zbędnych bajerów, ale naprawdę dopracowanie publikacji w najmniejszym jej calu. Zrozumiecie to gdy po skończeniu lektury Oczu, wrócicie do okładki i dłonią, delikatnie przejedziecie po jej powierzchni. ;)

A jeśli przypadkiem ktoś z Was nie zna jeszcze twórczości Iwony Chmielewskiej, to przypominamy, że jakiś czas temu prezentowaliśmy na blogu Kłopot – warto zobaczyć trochę inną koncepcję tej autorki.

Tekst i ilustracje: Iwona Chmielewska
Wydawnictwo: Warstwy

niedziela, grudnia 28, 2014

Jest jesień, dokładnie październik. Liście powoli zaczynają opadać z drzew. Napis na tablicy głosi "Welcome in Dockwood", czy raczej "Welcome in Cockwood", jak to przy użyciu puszki farby przeinaczył pewien lokalny dowcipniś. Dotarłeś do małego miasteczka na południowym-wschodzie Anglii, którego populacja nie przekracza liczby 26 tysięcy mieszkańców. Takiego typowego miasteczka, do którego przyjeżdżasz raz na jakiś czas odwiedzając ciotkę lub innego krewnego i wiesz, że w tym mieście nic, ale to absolutnie nic ciekawego się nie dzieje. Życie toczy się bardzo powoli, mozolnie wręcz, a każdy zajęty jest swoimi codziennymi obowiązkami.
Ten melancholijny, momentami flegmatyczny klimat jest typowy dla komiksów Jona McNaughta. W gruncie rzeczy Dockwood jest pozbawiony typowej fabuły. To dwie jesienne etiudy, w których Jon McNaught splata ze sobą codzienne życie trzech mieszkańców miasteczka, ukazując krótki fragment z ich życia w konfrontacji z sugestywną scenerią jesieni, rozgrywającej się w tle komiksu. Jon McNaught uwielbia skupiać się na małych, prozaicznych momentach życia przypominając, że to właśnie z nich ułożone jest cała nasza historia.
Dockwood to przede wszystkim genialne dzieło graficzne. Nie bez powodu wydane pod szyldem wydawniczym Nobrow. McNaught uwielbia symetrię w swoich ilustracjach. Tą fascynację zdradza już przy okładce, niemalże tworząc idealnie powtarzalny deseń z liści. Podobnie jest wewnątrz komiksu, patrząc choćby na układ kadrów i zawarte w nich ilustracje. Jon preferuje płaskie, bryłowe rysunki utrzymane w bardzo ograniczonej palecie barwnej. Jego styl jest bardzo charakterystyczny. W planach mamy jeszcze jedną prezentację jego publikacji, więc po tym wpisie powinniście od razu rozpoznać styl McNaughta.
Publikacja ta jest w planach wydawniczych Kultury Gniewu. Trzymajcie więc kciuki za rychłą realizację tego planu, ponieważ warto mieć McNaughta na swojej półce.
Autor: Jon McNaught
Wydawnictwo: Nobrow
-
Skąd zamówić? Chyba tylko z amazonu lub od wydawcy.

Najpopularniejsze ostatnio

 
undefined