wtorek, stycznia 27, 2015

Ta minimalistyczna graficznie książeczka opowiada o dziewczynce imieniem Mito, która wybiera się z rodzicami w podróż do stolicy Japonii. Dla naszej bohaterki będzie to pierwsza wizyta w Tokio i dlatego postanawia przed wyjazdem dowiedzieć się co nieco o tym mieście. Wybiega więc na podwórko i po kolei przepytuje napotkane zwierzęta. Otrzymuje od nich zadziwiające odpowiedzi, np. że w Tokio kruki pracują przy wywozie śmieci, sumy surfują na falach, a przeróżne inne zwierzęta dostarczają tam przesyłki pocztowe. Jak się potem okazuje wszystkie w pewnym sensie miały rację. :) Dowiadujemy się tego z pocztówek, które przyjaciele otrzymują od Mito mieszkającej w Tokio.

Pod względem wizualnym książeczka jest idealnie oszczędna – proste kształty, dużo oddechu i mocnych kolorów. Może nie "mangowo japońska" ale na pewno wyczuwa się w jej graficznej warstwie japońskiego ducha. Autor świetnie podkreśla to co ważne i odpuszcza rysowanie zbędnych detali. Płaskie kształty gdzieniegdzie ożywione zostały kolażowymi fakturami (włosy Mito) czy fragmentami zdjęć miasta, zdjęciami monet. Dodaje im to pewnej dynamiki i autentyczności.

Na końcu znajduje się tekst od autora, który opowiada nam odrobinę o powstaniu książki. Co ciekawe sam autor zamieszkał w tym mieście dopiero po studiach i był tak zaprzątnięty codziennością, że nie dostrzegał wyjątkowości miejsca, w którym żyje. Myślę, że śmiało możemy wywnioskować, że autor z pomocą Mito odkrywał na nowo miasto, w którym mieszkał, zaś opracowanie tej książki to próba świeżego spojrzenia na znane mu miejsca.
Muszę przyznać, że początkowo potraktowałam tę książeczkę bardziej jako mini-przewodnik zachęcający do wyprawy za siedem mórz, ale teraz już wiem, że to przede wszystkim prowokator do wyjścia z domu i odkrywania własnego miasta/okolicy na nowo. Polecam wziąć aparat, szkicownik lub różowe okulary żeby łatwiej było zmienić perspektywę :)

Autor: Taro Miura
Wydawnictwo: Tako

wtorek, stycznia 20, 2015

Część z Was pamięta zorganizowany jakiś czas temu na facebooku konkurs, w którym można było wygrać kalendarz Monoruno. Waszym zadaniem było wymyślić dla Tomka Kaczkowskiego zwierze, które mogłoby się pojawić w jego przyszłorocznym kalendarzu. Wasza reakcja była jak zwykle rewelacyjna.  Lawinowo posypały się pomysły, jak się później okazało, bardzo inspirujące dla Tomka. Zwycięzcą wśród zwierzaków okazał się Binturong czyli Niedźwiedzio-kot i to on pojawi się w kalendarzu na 2016 rok. Jednak część podesłanych propozycji spodobały się Tomkowi do tego stopnia, że postanowił owe zwierzęta sportretować natychmiast.
Tak powstał wpis, który właśnie czytacie/oglądanie. To jeden z tych postów, które nie potrafię z marszu zatytułować, ani nadać im właściwą kategorię. Żaden to fanart, ani wpis około-książkowy.
Przyjmijmy więc, że jest to zwyczajna galeria niezwyczajnych kumpli naszego wilka Lupusa.
Miłego oglądania.

czwartek, stycznia 15, 2015

Monika Grubizna (1985) – artystka grafik, ilustratorka (Long Muzzle). Absolwentka Wydziału Sztuk Pięknych na UMK w Toruniu, dyplom z wyróżnieniem w pracowni serigrafii (2010). Brała udział w kilkudziesięciu wystawach grafiki i ilustracji w Polsce i za granicą (m. in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Korei Południowej, Grecji i Stanach Zjednoczonych). W 2014 roku jej ilustracje zostały docenione przez jury American Illustration 33 i 3x3 Professional Show. Współpracuje głównie z instytucjami kultury, wydawnictwami i prasą. Aktualnie mieszka w Bostonie, MA.

niedziela, stycznia 11, 2015

Najnowsza pozycja od Ładne Halo to swoisty przewodnik po miejscówkach do chowania najróżniejszych skarbów. Nie ma na to chyba w naszym języku bardziej odpowiedniego słówka niż tytułowe Skrytki. Takową skrytką może być prawie każde miejsce – jedne dlatego, że nieoczywiste i rzeczywiście trudno dostępne, inne bazujące na powiedzonku „pod latarnią najciemniej”. I tak autorzy podsuwają nam m.in.: nieoczywistą skrytkę za korą drzewa ale też nasze własne buzie jako miejsce ukrycia skarbu.

To kolejna książka dla dorosłych i dzieci jednocześnie. Wydawca określa wiek czytelnika na +3, ale słusznie górna granica się nie pojawia. Dla dzieciaków będzie to przede wszystkim wspaniały pretekst aby przypomnieć sobie wszelkie zapomniane skrytki i wymyślić kilka nowych. Może nawet podczas lektury zdradzą jakieś swoje kryjówki?  Dla dorosłych z kolei ta pozycja może być jedną z (jak my to nazywamy) „jazd sentymentalnych”. Nie muszę chyba pisać, że my uwielbiamy sobie takowe „tripy” fundować :) I Wam też polecamy - pomaga to wielce w pielęgnowaniu wewnętrznego dziecka i łapaniu dystansu. W przypadku tej książki nagle dobijają się do nas wspomnienia z kombinowania naszych własnych skrytek i dzielenia się tymi drobnymi tajemnicami. Pamiętacie trend na szklane „sekrety”, w których pod kawałkiem szkiełka zakopanym w ziemi ukrywało się znalezione błyskotki, liście i płatki kwiatów?? To była strasznie fajna zabawa :)

Od strony wizualnej książka jest przepięknie minimalistyczna. Frapująca czarna okładka z dziurką od klucza, szalona wyklejka i proste, acz oryginalne ilustracje wewnątrz, tworzą z niej piękny przedmiot. Strona ze schodami na strych lub ta łóżkiem, które notabene mogłoby być obrazem Marka Rothko – mistrzostwo. Oszczędność i trafność idą tu w nierozłącznej parze. Tekst nadąża za ilustracjami Agaty Królak – jest krótki ale lotny. Czyta się go wręcz nie rejestrując czynności czytania. Przyjemna książeczka, aż żal że tak szybko się kończy. No ale, autorzy nie mogli przecież sprzedać maluchom wszelkich możliwych pomysłów na skrytki – nie byłoby pola do popisu po lekturze :)
Książeczka została wyróżniona ilustracje w konkursie na "Książkę Roku" przez Polską Sekcję IBBY.

Ps. A jakie Wy mieliście ulubione skrytki? Zdradzicie? Nikomu nie piśniemy. :)

Tekst: Mateusz Wysocki
Ilustracje: Agata Królak

niedziela, stycznia 04, 2015

Iwony Chmielewskiej raczej nikomu z Was nie trzeba przedstawiać. Jej książki nie od dziś budzą zachwyt i uznanie w Polsce i poza jej granicami. Można by się zastanawiać co dokładnie za tym stoi, ale ja myślę, że chodzi głównie o takie całościowe podejście do książki. Książki jako pięknego przedmiotu, książki jako nośnika wartościowych idei i książki jako formy autorskiej wypowiedzi artystycznej.

Najnowsza książka Chmielewskiej jest hołdem złożonym jednemu z naszych najważniejszych zmysłów, niedocenianemu na co dzień - wzorkowi. Nie myślimy na co dzień o tym, że to dzięki niemu możemy podziwiać te wszystkie piękne rzeczy nas otaczające, że to on ostrzega nas przed niebezpieczeństwem i nie myślimy o tym jak wyglądałoby nasze życie bez niego. Chmielewska i na to pytanie odpowiada w rewelacyjny sposób. Pokazuje ile zyskujemy dzięki temu zmysłowi, ale pokazuje także jak z jego brakiem  radzą sobie ci, którzy nigdy nie widzieli lub zdolność wzroku utracili. Jaki dar dostają w zamian.

Oczy to w całości autorska pozycja. To z jednej strony taka książka-zabawka z wyciętymi migdałowymi kształtami oczu na co drugiej kartce, ale również książka-narzędzie do wymuszania na czytelniku głębszej refleksji. To jest taka trochę książka-pułapka – najpierw wzrok przyciągają piękne delikatne ilustracje i ktoś może dać się zwieść, że będzie to coś bardzo lekkiego w odbiorze, jak subtelne kreski rysunków Chmielewskiej. A tu okazuje się, że trzeba o czymś poważnym pomyśleć i czasem po lekturze jeszcze o tym porozmawiać. Jest to jedna z tych książek, które w rewelacyjny, kreatywny sposób dają do myślenia.
Ja tam lubię takie "pułapki" i uwielbiam być skłaniana do refleksji. Dlatego z czystym sumieniem polecam Wam tę publikację.

Warto wspomnieć, że książka oryginalnie została wydana przez koreańskie wydawnictwo Changbi, a w 2013 roku otrzymała nagrodę główną Bologna Ragazzi Award. Za Polską edycję odpowiada wrocławskie wydawnictwo Warstwy. Jest to ich pierwsza publikacja na naszym blogu i z pewnością nie ostatnia. Szczególnie, że jesteśmy zachwyceni formą wydawniczą oraz dopracowaniem publikacji w najmniejszym szczególe. Nie mam tutaj na myśli zbędnych bajerów, ale naprawdę dopracowanie publikacji w najmniejszym jej calu. Zrozumiecie to gdy po skończeniu lektury Oczu, wrócicie do okładki i dłonią, delikatnie przejedziecie po jej powierzchni. ;)

A jeśli przypadkiem ktoś z Was nie zna jeszcze twórczości Iwony Chmielewskiej, to przypominamy, że jakiś czas temu prezentowaliśmy na blogu Kłopot – warto zobaczyć trochę inną koncepcję tej autorki.

Tekst i ilustracje: Iwona Chmielewska
Wydawnictwo: Warstwy

niedziela, grudnia 28, 2014

Jest jesień, dokładnie październik. Liście powoli zaczynają opadać z drzew. Napis na tablicy głosi "Welcome in Dockwood", czy raczej "Welcome in Cockwood", jak to przy użyciu puszki farby przeinaczył pewien lokalny dowcipniś. Dotarłeś do małego miasteczka na południowym-wschodzie Anglii, którego populacja nie przekracza liczby 26 tysięcy mieszkańców. Takiego typowego miasteczka, do którego przyjeżdżasz raz na jakiś czas odwiedzając ciotkę lub innego krewnego i wiesz, że w tym mieście nic, ale to absolutnie nic ciekawego się nie dzieje. Życie toczy się bardzo powoli, mozolnie wręcz, a każdy zajęty jest swoimi codziennymi obowiązkami.
Ten melancholijny, momentami flegmatyczny klimat jest typowy dla komiksów Jona McNaughta. W gruncie rzeczy Dockwood jest pozbawiony typowej fabuły. To dwie jesienne etiudy, w których Jon McNaught splata ze sobą codzienne życie trzech mieszkańców miasteczka, ukazując krótki fragment z ich życia w konfrontacji z sugestywną scenerią jesieni, rozgrywającej się w tle komiksu. Jon McNaught uwielbia skupiać się na małych, prozaicznych momentach życia przypominając, że to właśnie z nich ułożone jest cała nasza historia.
Dockwood to przede wszystkim genialne dzieło graficzne. Nie bez powodu wydane pod szyldem wydawniczym Nobrow. McNaught uwielbia symetrię w swoich ilustracjach. Tą fascynację zdradza już przy okładce, niemalże tworząc idealnie powtarzalny deseń z liści. Podobnie jest wewnątrz komiksu, patrząc choćby na układ kadrów i zawarte w nich ilustracje. Jon preferuje płaskie, bryłowe rysunki utrzymane w bardzo ograniczonej palecie barwnej. Jego styl jest bardzo charakterystyczny. W planach mamy jeszcze jedną prezentację jego publikacji, więc po tym wpisie powinniście od razu rozpoznać styl McNaughta.
Publikacja ta jest w planach wydawniczych Kultury Gniewu. Trzymajcie więc kciuki za rychłą realizację tego planu, ponieważ warto mieć McNaughta na swojej półce.
Autor: Jon McNaught
Wydawnictwo: Nobrow
-
Skąd zamówić? Chyba tylko z amazonu lub od wydawcy.

środa, grudnia 17, 2014

Stało się już tradycją, że co roku kibicujemy kalendarzom MONO Tomka Kaczkowskiego. W tym roku nie będzie inaczej, szczególnie, że najnowszy kalendarz Tomka powstał w subtelnej kooperatywie z naszą pracownią RUNO, dając efekt w postaci projektu MONORUNO. Zbiera on na dziesięciu stronach kalendarza dziesięć leśno-depresyjnych, lekko patologicznych (typowe dla Tomka) ilustracji. Całość wydana na grubym, matowym papierze z oprawką spiralną, czyli co tu dużo mówić, totalnie tak samo jak poprzednie kalendarze Kaczkowskiego. Każdy egzemplarz jest ręcznie sygnowany przez autora i jest to, uwaga, prawda, nie jakaś tam ściema marketingowa. Widzieliśmy na własne oczy jak bazgrze po każdym kalendarzu. Nakład limitowany.
Jeżeli lubisz indiańskie strzały, noże finki, borsuki, pijane kaczory, "wandalizujące" szopy i śpiące wilki to MONORUNO jest dla Ciebie.

Autor: Tomasz Kaczkowski
Wydawca: RUNO-Manufaktura
Gdzie kupić? Kup tutaj!

http://runo-manufaktura.pl/pl/p/51/202/Kalendarz_Monoruno_2015
Tekst i zdjęcia: Grzegorz Teszbir

poniedziałek, grudnia 15, 2014

Wyobraźcie sobie klasyczne baśnie braci Grimm o Babie Jadze oraz Jasiu i Małgosi przekalkowane przez wyobraźnię przesiąkniętą mroczną twórczością Mike'a Mignoli, a otrzymacie album, który za chwilę Wam zaprezentuję. Quiet Little Melody to albumowy debiut Sebastiana Skrobola, w którym autor garściami czerpie z klasycznych, znanych nam z dzieciństwa bajek, zastępując ich niewinność bardziej mroczną, momentami makabryczną wizją. Sebastian bazując na schematach klasycznych baśni buduje swoją własną opowieść o dwojgu rodzeństwa, z których jedno jest śmiertelnie chore, a drugie postanawia wyruszyć w poszukiwaniu cudownego lekarstwa w głąb tajemniczego lasu pełnego wiedźm, wilkołaków i trupów.
Quiet Little Melody to w pełni niema historia podzielona na cztery, następujące po sobie akty, z których jeden jest retrospektywnym przerywnikiem rozwijającym główny wątek historii. Zabieg o tyle fajny, że przerywa "liniowe" czytanie całej historii, nadając jej bardziej dynamicznego charakteru.
Jak już wspomniałem cały komiks jest pozbawiony dymków z tekstem. Sebastian swoją historię opowiada uniwersalnie, przy pomocy jedynie zgrabnej narracji graficznej i wychodzi mu to świetnie. Jeszcze przed premierą komiksu, na podstawie przykładowych plansz można było zakładać, że będzie to jeden z bardziej widowiskowych graficznie komiksów tego roku. Założenia się potwierdziły, Quiet Little Melody to świetny album graficzny, z rewelacyjnymi mrocznymi ilustracjami, utrzymanymi w zamkniętej palecie barw. Nie sposób porównać rysunków Sebastiana do jakichkolwiek innych. Wypracował on sobie bardzo oryginalny styl z charakterystycznymi fluorescencyjnymi elementami graficznymi oraz teksturami w tle.
Komiks Skrobola to świetna baśniowa historia w rewelacyjnej mrocznej oprawie wizualnej z potencjałem na serię lub cykl. Jedyne co mi przeszkadza w tym komiksie to forma wydania. Niestety bardzo charakterystyczna dla Wydawnictwa Komiksowego, a totalnie nie pasująca do komiksu Skrobola. Zamiast matowego, kremowego papieru dostajemy papier śliski (kreda? powlekany?) totalnie nie oddający charakteru postarzanych, teksturowanych plansz komiksu. To samo z okładką, niestety, mimo, że jest to gruba, albumowa okładka, oddaje wrażenie taniej i ponownie niedobranej do formy graficznej komiksu. Szkoda, bo mogło to świetnie dopełnić całość, czyniąc z tego komiksu wizualne i edytorskie cacuszko pod każdym względem. No, ale jest to moje i wyłącznie moje widzimisię i polecam Wam komiks Quiet Little Melody bez dalszego przynudzania. Powinien się Wam spodobać, szczególnie jeżeli lubicie mroczne, baśniowe klimaty.

środa, grudnia 03, 2014

Przed Wami pierwszy z cyklu gościnnych wpisów, które będą co jakiś czas pojawiały się na naszym blogu. Nosiliśmy się z tym pomysłem już jakiś czas i praktycznie od początku chcieliśmy by to właśnie Maciej Gierszewski, autor bloga Kopiec Kreta rozpoczął tę nową tradycję na naszym blogu. Udało się. Wymyśliliśmy z Maćkiem, że fajnie by było zastanowić się nad fenomenem Fistaszków Charlesa Schulza. Za co tak bardzo kochamy Fistaszki? Maciej napisał świetny, osobisty tekst, z którym, o ile należycie do właściwego "kościoła" (subtelny spoiler) zgodzicie się w stu procentach lub, który po prostu przekona Was do tej serii. Nie zatrzymuję Was dłużej. Oddaję głos Maćkowi.
-
Niektórzy, nie wszyscy, nawet nie większość wszystkich, pozwoliliby się pokroić, byle by tylko mieć w swojej domowej biblioteczce kolejny album „Fistaszków zebranych”. Ogół czytelników można podzielić na dwie grupy: należących do Kościoła im. Charliego Browna i spółki oraz nie należących. Sam zaliczam się do pierwszej grupy.





Zrazu nasuwa się pytanie: Na czym polega fenomen „Fistaszków”? Nad nim zastanawiało się wiele mądrych głów (choćby Umberto Eco czy Jerzy Szyłak). Odpowiedzi jest tak wiele, jak osób próbujących jej udzielić. Ciężko na nie wyczerpująco i z sensem odpowiedzieć, dlatego nawet nie będę próbował. Fakt pozostaje faktem: komiksowe paski autorstwa Charlesa M. Schulza cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem, zdobywają rzesze nowych i wiernych czytelników.
Oczywiście nie do wszystkich trafia humor i rzeczywistość wykreowana przez autora. Znamienna dla tych komiksów jest szczątkowość i fragmentaryczność ujęcia akcji, która została zastąpiona głęboką introspekcją bohaterów. Komentuje się ich zachowania, próbując dociec motywów działania i zachowania.




Przestrzeń „Fistaszków” zaludniają jedynie dzieci. Cechą charakterystyczną jest całkowita fizyczna nieobecność dorosłych. Sporadycznie widzimy fragment kończyny (dolej lub górnej) dorosłego, nigdy jednak twarzy. O dorosłych się mówi, najczęściej o najbliższej rodzinie: mamie, tacie czy babci, ale i o nauczycielkach. Dorośli wypowiadają swoje kwestie zza kadru, nie mamy okazji ich przeczytać, możemy się jedynie domyślać – po odpowiedziach dzieciaków – co mówią i o co pytają. Cytowane są całe wypowiedzi, które okraszone są przez małoletnich bohaterów komentarzem – często ironicznym lub sarkastycznym – wskazującym na niezrozumienie przez dorosłych poruszanych kwestii.




Mam nieodparte wrażenie, że lektura „Fistaszków” jest doświadczeniem prywatnym, wręcz intymnym. Osobiście mogę mówić o pechu, jaki mnie prześladuje. Ponieważ najbliższe mi osoby nie dzielą ze mną niezdrowej fascynacji serią. Przestałem dzielić się paskami najtrafniej komentującymi rzeczywistość lub najśmieszniejszymi, bo gdy dawałem do przeczytania lub sam głośno czytałem, to słyszałem: „Już?”, „A gdzie pointa?” lub „Acha”.





Schulz na przestrzeni wielu dziesięcioleci powołał do życia ponad pięćdziesiąt dziecięcych postaci, z czego około piętnastu to bohaterzy pierwszoplanowi, pojawiający się regularnie. Z niektórymi się zaprzyjaźniamy, niektórych lubimy, innych nie, bo są irytujący. Z tak rozbudowanej grupy czytelnik może sobie wybrać osobę (lub osoby), której kibicuje, życzy jak najlepiej oraz identyfikuje. Przyznaję, jestem wielkim fanem całej rodziny van Pelt, do której należą: Lucy, Linus i Rerun. Gdybym musiał wybrać jednego ulubionego bohatera, bez którego nie wyobrażam sobie lektury „Fistaszków”, to wahałbym się między Lucy a Linusem, pewnie dlatego, że w każdej tej postaci odnajduję cząstkę siebie; ostatecznie wybrałbym Lucy.
Lucille ‘Lucy’ van Pelt: najstarsza z trojga rodzeństwa van Pelt. Regularnie zdobywa wszystkie możliwe stanowe i krajowe laury w konkursie na największą zrzędę, więc pewnie jest największą zrzęda na świecie. Cierpi na niezdiagnozowaną nerwicę natręctw – kompulsywnie musi liczyć (płatki śniegu, gwiazdy). Jest apodyktyczna i szorstka; uważa, że jest w pełni doskonała, a pozostali nie są. Z wielką precyzją sporządza listy wad swoich przyjaciół i wręcza je w dobrej wierze – aby wiedzieli nad czym mają pracować.

A Wy którą z postaci lubicie najbardziej i dlaczego? Piszcie.

Autorem Fistaszków jest Charles Schultz
Serię kolekcjonerską Fistaszki zebrane wydaje wydawnictwo Nasza Księgarnia.
Gościnny wpis przygotował:
Maciej Gierszewski: poeta, prozaik, redaktor, autor bloga Kopiec Kreta. Pisuje o komiksach, m.in. na ksiazki.wp.pl, Kolorowych Zeszytach oraz Alei Komiksu. Opublikował dwie książki z wierszami: Profile, Luźne związki oraz jedną z opowiadaniami: Moje życie z Dżejmsem. Prowadzi popularny fanpage na fb: Są komiksy dla dzieci. Mieszka w Poznaniu.
Wstęp i zdjęcia przygotował Grzegorz Teszbir

Sprawdź najtańsze oferty


poniedziałek, grudnia 01, 2014

Za oknem szaro, buro i ponuro, jeszcze nie pada, ale to tylko kwestia czasu, typowa pogoda pod psem. Chciałoby się napalić w kominku, zrobić sobie ciepłej herbaty z miodem, owinąć się kocem i zanurzyć się w jakieś lekturze. No tak, tylko my nie mamy kominka, ale z przyjemnością wygrzebałem z naszych regałów książkę, która pomoże poskromić ponurą aurę panującą na dworze.

Bohaterami książki są tytułowy ptak Pelerynek i jego pies Lupuś Wolfram Tungsten (kumpel naszego Lupusa jak mniemam), którzy mieszkają sobie w przytulnej chatce, grzejąc się przy piecyku i popijając ciepłą herbatkę. Tak długo jak ogień w piecyku się tli, tak długo nie straszna im brzydka pogoda na zewnątrz. Jednak ogień nie chce się palić w nieskończoność, a drewno do jego podsycania właśnie się skończyło. Na dworze leje jak z cebra, a Pelerynek nie ma specjalnie ochoty na to by zbierać drewno na opał w taką pogodę. Wpada więc na pomysł by po drewno poszedł mały Lupuś. Czy to aby najlepszy pomysł? Nie, jak się pewnie domyślacie, ale co z tego wniknęło i jak zakończyła się ta wyprawa po drwa na opał musicie przeczytać sami.

Gdy spoglądam na ilustracje van Reeka, na to w jaki sposób zarysowuje tuszem horyzont z jednym drzewem lub na panoramiczne kadry obrazujące las, nasuwa mi się na myśl Suiboku-ga (lub Sumi-e), czyli styl monochromatycznego malarstwa wywodzącego się z Chin, w którym do malowania używano czarnego tuszu. Technika ta została zaadaptowana w Japonii przez buddyjskich mnichów ZEN w połowie XIV wieku. Dodatkowo w technice tej stosuje się plomby/pieczątki, zawsze w kolorze czerwonym. Stanowią one integralną cześć kompozycji malarskiej i służą do podkreślenia/wzbogacenia kompozycji. Każda z pieczęci ma jakieś znaczenie i stanowi dodatkową formę komunikacji/przekazu obok malarstwa.
Dokładnie takie piktogramowe pieczęcie znajdziecie w książce Pelerynek i pogoda pod psem van Reeka. Wprowadzają one trzecią formę narracji (poza tekstem i ilustracją), często pokazując co dzieje się w danym momencie z drugim bohaterem książki. Śledząc tym samy losy obu bohaterów w tym samym momencie. Sama narracja graficzna momentami przypomina komiks, gdzie plansze rozdzielają się na kadry.

Z jednej strony jest to publikacja w pełni eksperymentująca ze sposobami opowiadania historii obrazem, z drugiej zaś strony jest to uniwersalna opowieść o przyjaźni. Polecam Wam bez wahania.

Autor: Wouter van Reek
Wydawnictwo: Hokus-Pokus

wtorek, listopada 25, 2014

Paulina Wyrt jest studentką ostatniego roku animacji na poznańskim Uniwersytecie Artystycznym, na którą dostała się mniej więcej za trzydziestym szóstym podejściem.
Aktualnie pilnie pracuje nad filmem dyplomowym w klasycznej technice sypanej. Projektuje plakaty i ilustracje do książek dla małych i dużych oraz deski snowboardowe. Dzięki ostatniemu zajęciu planuje przenieść się do ciepłych krajów. Współautorka bloga kulinarnego na etacie degustatorki.
Współpracuje m. in. z Multikinem, Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu, Teatrem Nowym w tym samym mieście i wydawnictwem Novae Res.
Nie ma własnego samochodu, ale i tak, w związku z pracą, strasznie dużo jeździ po kraju.

czwartek, listopada 20, 2014

Hej trzydziestolatkowie, przybijmy sobie wszyscy piątkę!!! Urodziliśmy się w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, choć pewnie nie wiele pamiętamy z tego okresu. Nasze dzieciństwo zaś przypadło na przełom lat 80-tych i 90-tych i powiem Wam, że lepiej nie mogliśmy trafić, serio. Owszem, to był ważny moment dla naszego kraju, upadek komunizmu, bum gospodarczy, ale dla nas, dla mnie wejście w nowy ustrój odbywało się głównie na poziomie programów w telewizji, produktów na sklepowych regałach i oczywiście zabawek. Wychowywaliśmy się w czasach, które teraz uważane są za kultowe, hipsterskie, retro i podobno nawet trendy, wtedy tak o nich nie myślałem.
Dobra z zachodu zaczęły napływać do nas falami. W telewizji oglądało się Koło Fortuny, zaś rodzicie śledzili losy rodziny Carringtonów w Dynastii. Ja zbierałem wszystko co dało się zbierać, od "samochodów" z gumy Turbo, przez znaczki pocztowe, monety, kapsle, opakowania, po kolorowe puszki po napojach gazowanych, z których budowało się później piramidę na meblościance przywiezionej maluchem. Czarna wołga podobno jeździła po okolicy, zaś Rambo lub Robocopa można było zobaczyć cichaczem na pirackim VHSie u starszego kuzyna, ale tak by rodzicie się nie dowiedzieli. Dziewczyny grały w "gumę", a chłopaki biegali w dwa razy za dużych swetrach odbijać kauczukowa piłkę o ścianę, grając w kapsle lub wymieniając się resorakami. Tato paczkami palił Popularne, ale do sklepu jeździł składaniem, więc zdrowo. Historyjki z gumy Donald wysyłaliśmy z mamą do jej koleżanki w Związku Radzieckim, dla jej syna lub córki. Podobno mieli gorzej, przynajmniej mama tak mówiła. W zamian przysyłali mi znaczki pocztowe z ZSRR do mojej kolekcji. Znałem wówczas takie pojęcia jak filatelistyka i numizmatyka. Byłem z tego dumny, miałem cztery klasery. To jedna z historii, która przypomniała mi się pisząc tę notkę. Prawdę mówiąc mógłbym przywołać masę takich anegdotek. Publikacja, którą już dawno powinien Wam przedstawić otworzyła w mojej głowie sentymentalną dziurę, z której wspomnienia leją się kaskadami.
Winowajcami tego nostalgicznego ataku są Natalia Sajewicz i wydawnictwo Papierówka, które wydało ten genialny projekt Natalii, a który to pierwotnie stanowił jej pracę dyplomową. Natalia przygotowała dla nas trzydziestolatków zeszyt do ćwiczeń i jednocześnie sentymentalną jazdę do okresu naszego dzieciństwa. Musimy na przykład wskazać czy naszym ulubionym napojem była oranżada, pepsi ze szklanej butelki czy może może Sprite z puszki, albo samemu dokończyć historyjkę ze wspomnianych już gum Donald, albo ... rety, mógłbym tak długo, ale nie chcę Wam spoilerować wszystkiego. Powiem jeszcze tylko: kasety magnetofonowe, Rambo na VHS, Wielka gra, Turbo, Gucwińscy, Sigma i Pi.

Publikacja na pierwszy rzut oka może się Wam wydać "skromna" wizualnie. Okładka jest jednokolorowa z prostą tytułową typografią, a wewnątrz znajdują się ilustracje w formie szkiców - co faktycznie może sprawiać wrażenie ubogiej. ALE pamiętacie swoje zeszyty co ćwiczeń z przedszkola czy podstawówki? Oprawa graficzna tego tytułu jest analogiczna do tych właśnie publikacji edukacyjnych jakie mieliśmy w dzieciństwie. Nie dajcie się zwieść pozorom. Tu wszystko jest przemyślane.
Reasumując, zarówno wizualnie jak i treściowo jest to genialna publikacja działająca jak wehikuł czasu, cofający nas do okresu dzieciństwa.
UWAGA. Sugerowana do trzydziestolatków (plus/minus kilka lat). Młodzież może tego nie zrozumieć. ;)
Tekst i ilustracje: Natalia Sajewicz
Wydawnictwo: Papierówka
Mam 30 lat

wtorek, listopada 18, 2014

Przed Wami kolejny tytuł laureata Nagrody Hansa Christiana Andersena, Tomiego Ungerera, autora takich książek jak Przygody rodziny Mellopsów, Księżycolud oraz Trzech Zbójców.
Crictor i inne niesamowite stwory to zbiór pięciu opowiadań, a każde z nich autor poświęcił innemu zwierzęciu. I to właśnie sposób, w jaki Ungerer dokonuje wyboru tych zwierząt podkreśla to za co kochamy tego autora. Przyznam się, że nie wyłapałem tego od razu podczas lektury. Dopiero opis na stronie wydawcy zwrócił mi uwagę na fakt, że Tomi Ungerer dobierając bohaterów do swojej książki skoncentrował swoją uwagę na tych zwierzętach, które do tej pory nie były zbyt popularnymi (o ile w ogóle były) bohaterami książek dla dzieci. Nacechowane negatywnymi skojarzeniami przez popkulturę zwierzęta takie jak wąż, ośmiornica, nietoperz czy sęp wywołują w nas raczej lęk, odrazę, niechęć niżeli sympatię.
Ungerer w swojej naładowanej optymizmem książce, przełamuje te stereotypowe skojarzenia i nacechowania. Tak poznajemy węża Crictora, pupila ale i obrońcę swojej pani, skrzydlatą kanarzycę Adelajdę, walczącą z przemytnikami ośmiornicę Emila, kochającego kolory nietoperza Rufusa oraz dzielnego i przyjacielskiego sępa Orlando. Każda z pięciu historii jest bardzo urokliwa, a to w dużej mierze za sprawą oszczędnych i przezabawnych ilustracji w stylu tych, jakie możecie znaleźć w Przygodach rodziny Mellopsów. Osobiście moją ulubioną historią jest ta o Crictorze. Nie sposób powstrzymać śmiechu przy większości plansz (Crictor w łóżeczku rozłoży Was ze śmiechu na łopatki).
Spokojnie można powiedzieć, że jest to kolejny, rewelacyjny tytuł Tomiego Ungerera. Polecamy, nie tylko dla fanów egzotycznych zwierzaków.
Autor: Tomi Ungerer
Wydawnictwo: Format
Crictor i inne niesamowite stwory

niedziela, listopada 16, 2014

Nie wiem jak do tego mogło dojść, ale premiera książki, którą Wam za chwilę zaprezentujemy całkowicie umknęła naszej uwadze. Albo marni z nas książkowi szperacze albo publikacji zabrakło zasłużonej promocji. Zasłużonej, ponieważ jest to książka interesująca na kilku płaszczyznach, ale o tym za chwilę.
Najpierw mam do Was pytanie - lubicie ludowe legendy? Ponieważ ja uwielbiam! Jak byłam mała lubiłam słuchać opowiastek, rymowanek, przyśpiewek i bajek mojej babci – niektóre były naprawdę prześmieszne i błyskotliwe, w dodatku zasłyszane przez babcię w wielu częściach Polski. Do dziś żałuję, że nie spisałam ich kiedy jeszcze tliły się w mojej pamięci. Takie skarby niestety często umierają wraz z osobami, które je znały. Mam więc ogromny sentyment do starych bajek i ludowych podań. Jednak tego czego nie cierpię to surowo-podanej treści. Tego na szczęście nie uświadczycie w publikacji z wyd. Zysk i S-ka, ale i o tym za chwilę.

Diabelskie wesele stanowi zbiór wybranych bajek, legend i podań z okolic Polesia, które zbierał Michał Federowski na przełomie XIX i XX wieku. Zebrane przez Federowskiego legendy wydano pierwotnie w ramach wielotomowej serii „Lud białoruski” (trzy pierwsze tomy zajmowały wyłącznie bajki, legendy i podania). Wyboru utworów do Diabelskiego Wesela dokonał Aleksander Barszczewski. Historyjki są bardzo różnorodne i zawsze wygrywa w nich dobro oraz tryumfuje sprawiedliwość. Historie romantyczne kończą się weselami, a postacie negatywne giną w męczarniach. Są to opowieści różnej długości i o różnym stopniu skomplikowania fabuły. Często występują w nich królewicze, głupcy, czarownice. Pełno w nich też magii – latające dywany i niewidzialne płaszcze. Czytając je można poczuć się jak w zaciemnionej izbie, przy rozgrzanym piecu. Można wyobrazić sobie starszą Panią okutaną w chustę opowiadającą te historie, tak jakby były najprawdziwsze w świecie. Bo w sumie są – sprzedają nam uniwersalne prawdy, które są od wieków niezmienne. Tylko forma zastraszania już chyba trochę mało skuteczna. Dziś edukacja polega jednak bardziej na tłumaczeniu faktów niż straszeniu, a bajki bardziej bawią niż przyprawiają o koszmary.

Książka ta idealnie pokazuje przemiany społeczno-kulturowe jakie zaszły przez ostatnie stulecie. Jednak nie wyobrażam sobie by mogła być skierowana do dzieci jak sugeruje treść przedmowy zawarta w książce. Mam wrażenie, że nastąpiło tutaj drobne nieporozumienie. Wyobraźcie sobie, że dziś do wydawcy książek dla dzieci przychodzi autor z pomysłem na książkę, w której czarny charakter ginie rozerwany na bronie. Zaprawdę powiadam Wam, bajki dla dzieci kiedyś były o wiele bardziej straszne i brutalne niż są teraz. Zresztą kto z Was nie zna bajki o Czerwonym Kapturku, w której wilk jest rozcinany na żywca lub tej o Babie Jadze, która zostaje spalona żywcem w piecu, a przecież to i tak były bardzo lekkie formy rozprawienia się ze złem.
Diabelskie wesele jest świetnym zbiorem, genialnie zilustrowanym i wydanym i stanowić będzie świetne czytadło dla starszego czytelnika i przede wszystkim fana ludowych podań, ale nijak nie mogę się zgodzić, że jest to publikacja dla dzieci. Może dla tych starszych, ale jak bardzo starszych nie umiem teraz ocenić. Chyba przydała by się jakaś informacja o grupie docelowej na okładce.

Pewnie ta książka nie przykułaby naszej uwagi gdyby nie forma wydania. Sama idea zbierania w jednej publikacji jak największej ilości bajek, legend i podań z danego terenu geograficznego nie należy do oryginalnych, ale kiedy zaprosisz do współtworzenia takiej publikacji zdolnego ilustratora by ten okrasił treść nowoczesnymi ilustracjami, wówczas możemy mówić o oryginalności i świeżości. Cześć z Was już pewnie rozpoznała Magdalenę Rolkę jako autorkę ilustracji do książki. Na ponad 250 stronach znalazło się kilkadziesiąt bajek i legend, z których kilkanaście czy jak mi się wydaje kilkadziesiąt zostało ozdobionych przepięknymi ilustracjami Magdy. Ile dokładnie? Nie mam pojęcia. Nie liczyłam, ale skutecznie wzbogacały treść książki do tego stopnia, że o „surowo-podanej” treści można zapomnieć. Magdalenę Rolkę powinniście kojarzyć z prezentowanego na tym blogu Praktycznego Poradnika Młodego Projektanta.
Kolorowe rysunki ożywiają sceny z wybranych historii. Każda ilustracja ma zawężoną gamę kolorystyczną – 2 odcienie + kolor powstający ze zmieszania tych barw. Tym samym rysunki imitują technikę drukarską, o której pisaliśmy przy okazji recenzji Ptaktów. Takie efekty graficzne bardzo nam się podobają. Oprócz pełno-stronicowych ilustracji sporo jest drobnych rysunkowych akcentów-wypełniaczy, które pięknie wzbogacają treść. 

Polecamy książkę Waszej uwadze, ponieważ jest niesłychanie wartościowa, ale sugerujemy również rozważne dobranie jej do wieku czytelnika.

Bajki, legendy i podania zebrał Michał Federowski
Przekładu dokonał oraz wstępem opatrzył Aleksander Barszczewski
Ilustracje: Magda Rolka
Wydawnictwo: Zysk i S-Ka
Diabelskie wesele. Bajki z Polesia

czwartek, listopada 06, 2014

Jak dobrze wiecie, traktujemy książki „przedmiotowo” :), że tak to ujmę. Oceniamy po okładce, potem po ilustracjach, potem pod względem edytorskim, a na samym końcu treściowym. Dlatego tym razem zacznę od najważniejszego dla nas aspektu wizualnego.
Uwagę od razu zwraca kolorystyka książki – taka odrobinę retro, trochę neonowa, trochę sprana. Dla laika po prostu inna niż większość książek leżących obok na półce w księgarni. A historia stoi za tym całkiem ciekawa. Autor książki – Paweł Mildner jest zwolennikiem starych technik drukarskich i za namową/radą/pomysłem Wydawnictwa Ładne Halo zgodził się na pewien eksperyment. A mianowicie na zastosowanie druku farbami z systemu Pantone – wybrał tylko 3 odcienie: błękitny, różowo-czerwony i żółty. Z tyłu okładki znajduje się swoista ściągawka, aby każdy czytelnik mógł zrozumieć jak powstał unikatowy zestaw barw w tej publikacji. Zauważcie jak wybrane trzy odcienie tworzą kolejne nakładając się na siebie. Powstają czasem subtelne przesunięcia nadające drukowi charakterystyczne efekty, podobne jak w sitodruku, co mogliście zauważyć przeglądając np. stare książki z dzieciństwa. Nie jest to co prawda ani technika nowa, ani odkrywcza, po prostu rzadko stosowana na naszym rynku. Uzbrojeni w tę bardzo ogólnikową, ale mam nadzieję wystarczającą wiedzę powinniście bardziej docenić, fakt że to co widzicie na planszach Ptaktów nie jest wyłącznie wynikiem projektowania w programie graficznym, a czystym, oldschoolowym efektem drukarskim. Technika drukarska nie była zwykłą fanaberią. Miała na celu (z dobrym skutkiem) podkreślić i uwydatnić styl ilustracji Pawła, który niesie ze sobą nutkę sentymentu i przywołuje na myśl takich klasycznych ilustratorów z dzieciństwa jak Bohdan Butenko czy Franciszka Themerson.

Ptakty to z założenia taki elementarz „na niby”, który przyjął formę relacji w stylu codziennych programów informacyjnych w radio. Tytuł podpowiada nam jednak, że nie będą to zwykłe „Fakty” lub „Panorama”. Korespondentami z którymi przemierzamy kraj wszerz i wzdłuż są ptaki (czyżby inspiracja Ptasim Radio Tuwima?). Relacjonują nam 23 fakty z 23 miast, których nazwy zaczynają się na 23 litery alfabetu. Dowiadujemy się np., że w Opolu trwają degustacje pączków gigantów, a w Rawiczu trenuje rajdowa mistrzyni Europy wśród jamników. Pierwsze litery nazw miejscowości układają się w alfabet, a na końcu książki znajduje się dodatkowo mapa Polski z zaznaczonymi miejscowościami. Zatem, jak zawsze u Ładnego Halo, pięknie i pożytecznie!

Na koniec jeszcze ciekawostka: Poza tym, że stronę wizualną książki stawiamy na pierwszym miejscu, był jeszcze jeden powód dla którego opis treści książki zostawiłam na koniec. Chciałam nawiązać do jednej z ciekawostek związanych z powstaniem tej publikacji. Na spotkaniu w ramach premiery Ptaktów Paweł Mildner przyznał, że przygotowując książkę nie miał gotowych tekstów, tylko zamysł książki i ogromną chęć narysowania ilustracji, które miał w głowie. Dopiero po ukończeniu pracy nad ilustracjami zabrał się za wymyślanie treści faktów, czy raczej ptaktów. Ani trochę nie wpłynęło to na zły odbiór książki, ale ciekawostka jest, a książkę wiadomo, polecamy bez dwóch zdań.
Autor: Paweł Mildner
Wydawnictwo: Ładne Halo
Ptakty

 
undefined