czwartek, marca 05, 2015

Bywają ludzie obdarzeni wieloma talentami. Z pewnością można do nich zaliczyć Ernę Rosenstein. Nie dość, że była wybitną malarką, to przejawiała także talent poetycki i jak się okazuje także bajkopisarski.
Zaprezentowane w tej książce bajki były pierwotnie publikowane na łamach Świerszczyka i Przyjaciela. Natomiast formy zebranej doczekały się za sprawą wydawnictwa Warstwy. Treściowo bajki są zróżnicowane, ale w wielu z nich wyczuwalne są echa wojny, życia w gettcie, straty bliskich. Dla mnie najbardziej wzruszające są dwie bajki – Babcia i Chłopczyk. Pierwsza opowiada o starszej i samotnej kobiecie, której przyjaciółmi stają się wiatr, brzoza i księżyc. Pewnego dnia odwiedza ją także jej dusza pod postacią małej dziewczynki. Babcia pomaga jej nie wiedząc kim jest. Następnego dnia przeistacza się w piękną i zabiera babcię ze sobą. Druga z przytoczonych bajek również opiera się o bezinteresowną pomoc. Biedny chłopiec przygarnia starą kaleką suczkę. Po pewnym czasie na świat przychodzą szczenięta. Chłopiec sprzedaje podrośnięte pieski i zarabia na lekarza dla niewidomego ojca. Dzięki temu ojciec może wrócić do pracy. Nie ma w tych bajkach zakończeń "jak z bajki" – nie ma złota, księżniczek, balowych sukni... Są raczej trudy życia i przebijające się przez nie promyczki nadziei i wiary w bezinteresowne działanie. Całość najlepiej podsumowują kwiaty wyrastające pośród murów opuszczonej zniszczonej kamienicy w krótkiej bajce Gruzy. Tak właśnie musi wyglądać życie po tragedii, jaką jest wojna. Warto pokazać dzieciom inną wersję bajek – nie tylko takie cukierkowe i księżniczkowe historie.
Cały zbiór ma dosyć senny klimat, który dodatkowo potęgują ilustracje Karola Banacha. Są one jednocześnie mroczne i dziecięce, trochę retro ale też mocno współczesne. Bardzo dobrze oddają treść i atmosferę bajek Erny Rosenstein. Duży format książki (A4) jest idealny pod styl jakim operuje Karol.

Forma wydania jak zwykle w przypadku wydawnictwa Warstwy na najwyższym poziomie. Gruba, sztywna, okładka (papier tłoczony poliwrap, lekko impregnowany), bardzo dobry skład i co równie ważne, przystępna cena (35zł) czyni z tej książki pozycję obowiązkową dla każdego fana pięknie wydanych, cudownie zilustrowanych i mądrych bajek.
Tekst: Erna Rosenstein
Ilustracje: Karol Banach
Projekt graficzny, projekt okładki i skład: Ryszard Bienert
Wydawnictwo: Warstwy

wtorek, lutego 24, 2015

Pamiętacie jak w zeszłym roku bawiliśmy się wspólnie w pisanie bajki, którą później kilka osób zilustrowało? To była świetna, spontaniczna zabawa, która rozegrała się na naszym profilu facebook, a której efekt mogliście zobaczyć w tym wpisie. Ostatecznie wyszedł z tego totalny absurd (stąd podtytuł bajki), żeby nie powiedzieć bełkot, ale zabawy i frajdy jaką przy tym mieliśmy nikt nam nie odbierze. Koniec kropka.
Kilka dni temu spotkała nas nie lada niespodzianka. Myśleliśmy, że temat "absurdalnej bajki" to zamknięty wpis zeszłego roku, ale nie mogliśmy się mylić bardziej. W skrzynce pocztowej czekał na nas prezent od pracowni Do Kwadratu, która to zebrała naszą (Waszą też) bajkę wraz z ilustracjami i wydrukowała ją w formię mini książeczki. Jestem pod wrażeniem jakości wydruku ilustracji, nawet przy tak mały formacie to nadal był druk z obrazków o szerokości 590 pikseli, pobranych ze strony. Wyszło bardzo fajnie. Niespodzianka miła i fajna, szczególnie (nie będę tego ukrywał), że bardzo podoba mi się fakt, że mamy książeczkę wydaną w nakładzie jednej sztuki (kusi dopisać ołówkiem 1/1).
Unikat, biały kruk, leci do szklanej gablotki. ;)

Pomysł: Grzegorz Teszbir i Weronika Kołodziej
Bajkę wspólnie napisali:
Aleksandra Klęk-Drożyńska, Kinga Sołtys, Boschonka Ia, Kasia Siwko, Jacek Łupieński, Monika Petryna, Skrobol Sebastian, Iga Popowicz, Dominika Węcławek, Mateusz Marek, Paweł Markowski, Iwona Jasinska, Kamila Sujka, tratatata pinita, Palcówki - shorty komiksowe, Monika Burblis-Pucia, Anna Rejowska Gumulak, Łucjusz Łucjanna, Katarzyna Wójtowicz, Izabella Masalska, Beata Kafel, małe książki, Grzegorz Teszbir, Artur Wabik
Korekta: Grzegorz Teszbir, Milena Buszkiewicz
Bajkę zilustrowali: Tomek Kaczkowski, Sebastian Skrobol, Weronika Kołodziej, Grzegorz Teszbir
Druk (wydanie???): Do Kwadratu

niedziela, lutego 22, 2015

Jak wiecie, lubimy dobrze zaprojektowane rzeczy. Są wśród nich także literki. Sami też czasem bawimy się w krojenie liter, np. w ramach projektów dla naszej marki Runo.
Ale to co Wam za chwilę pokażemy to prawdziwe crème de la crème dla typolubów.
Typozine to nietypowy artbook stanowiący katalog krojów pism. Każda strona to jeden font, jednego autora – łącznie 28 garniturów zaprojektowanych przez 28 zaproszonych projektantów z Polski i zagranicy. Wszystko wydrukowane ręcznie sitodrukiem w nakładzie 88 sztuk z czego do oficjalnej sprzedaży trafiło sztuk 54.  Każdy egzemplarz jest ręcznie numerowany, szyty i na dodatek oprawiony w płócienny (lub inny imitujący płótno materiał) grzbiet.
Podsumowując: fonty + sitodruk + limitowany nakład. Trzy najlepsze powody aby mieć tę pozycję w swoich zbiorach. Często pisząc teksty do naszych prezentacji, zwracam uwagę na to, że z danej pozycji najchętniej powyciągałabym niektóre kartki i umieściła w ramkach na ścianie. Z Typozine nie ma tego problemu. I nie dlatego, że nie chcę, a dlatego, że oprócz publikacji, można zakupić sobie plakat z ulubionym krojem. Super koncept!
Na koniec jeszcze słówko o Kwiaciarni Grafiki, która stoi za tym projektem. Polecamy Wam zapoznać się także z ich wcześniejszym dziełem - Tour de Rower Zine. Strasznie żałujemy, że nie mamy jej w zbiorach. Na szczęście Kwiaciarze szykują właśnie drugą edycję tego przedsięwzięcia – śledźcie zatem uważnie ich poczynania.
Autorzy: Łukasz Dziedzic, Edgar Bąk, Fontarte, Theosone, PAĪSM83, Valery Virag, Full Metal Jacket, Michal Škapa, Hakobo, Nina Gregier, Xpome, Viktoriya Grabowska, Wiur, UVMW, Ikon, Kamil Słomianowski, Paweł Ryżko, Bartosz Jańczak, Jakub PIONTY Jezierski, Kalina Możdżyńska, Jarema Drogowski, Dasha Levchuk, Mateusz WLK Wolski, Bartek Bojarczuk, Jan Bajtlik, Swear A Lot, Paweł Lachowicz, Paweł Lachowicz, Inessa Kamardina
Wydawca: Kwiaciarnia Grafiki


wtorek, lutego 10, 2015

To, o ile się nie mylę, pierwszy komiks niebędący reprintem, wydany przez wydawnictwo Centrala w Wielkiej Brytanii. Fertility to komiksowy debiut Gosi Herby (rysunki, scenariusz) i Mikołaja Pasińskiego (scenariusz). Komiks opowiada o czterech kobietach, przyszłych mężatkach, które znajdują w starej księdze przepis mówiący, że zjedzenie zajęczej podpuszczki przed nocą poślubną zagwarantuje poczęcie i urodzenie chłopca. Wszystkie kobiety chcą urodzić zdrowych synów dla swych przyszłych mężów. Dlatego wybierają się do lasu rozłożyć sidła i upolować zające. Nie mają pojęcia, że to czego tak bardzo pragną, czyli tytułowa "płodność" (ang. Fertility) stanie się ich największym koszmarem.
Komiks Herby i Pasińskiego przywołuje na myśl stare ludowe baśnie i podania, w których świat zwierząt i ludzi przenika się na płaszczyźnie codziennej. Gdzie dwie społeczności żyją obok siebie z zachowaniem naturalnego porządku. Co jednak się stanie gdy ten porządek zostanie brutalnie złamany i dojdzie do konfrontacji obu światów i kultur? Tego na własnej skórze dowiedzą się cztery bohaterki komiksu.
Brutalna, momentami obsceniczna historia komiksu Fertility złagodzona jest świetnymi ilustracjami Gosi Herby. Wykonane w technice mieszanej plansze (tusz + cyfrowe kolorowanie), z ograniczoną sino-kremową paleta kolorów, genialnie oddają klimat starej baśni.
Komiks jest w pełni niemy, pozbawiony dymków. Herba bardzo dobrze radzi sobie wyłącznie przy użyciu narracji obrazkowej. Cały komiks podzielony jest na kilka mini rozdziałów, które pozwalają na szybsze przeskoki w czasie bez utraty czytelności fabularnej.
Największym (dla mnie) smaczkiem graficzny komiksu jest okładka stanowiąca fragment obrazu Gosi Herby pt. „In a Forest Dark and Deep”. I w gruncie rzeczy sam ten tytuł idealnie podsumowuje klimat komiksu.

Tak jak wspomniałem na początku, komiks ten został wydany w Wielkiej Brytanie, gdzie na początku 2014 roku wydawnictwo Centrala przeniosło swoją siedzibę. Można go jednak znaleźć w wybranych, polskich księgarniach specjalistycznych takich jak np. Picturebook.

UWAGA! O ile starałem się nie zdradzać za bardzo fabuły komiksu, to z racji tego, że komiks jest niemy, część plansz poniżej może to zrobić.
Scenariusz: Mikołaj Pasiński, Gosia Herba
Ilustracje: Gosia Herba

wtorek, lutego 03, 2015

Przed Wami publikacja, która zdobyła tytuł Książki Roku 2014 w kategorii "ilustracje" napisana i zilustrowana przez jedną osobę - Marię Ekier. Gdzie jak gdzie, ale książka wyróżniona takim tytułem musiała prędzej czy później pojawić na naszym blogu. W końcu jest to blog o ładnych książkach i fajnych komiksach. Maksyma, którą przecież znacie już doskonale. Zaskoczę Was jednak pisząc, że po przeczytaniu książki Pani Marii jesteśmy równie zachwyceni treścią, co ilustracjami, a może nawet bardziej treścią.

Książek do nauki alfabetu jest sporo. Lepsze i gorsze, wszystko zależy od podejścia i pomysłu. Najważniejsze dla dzieciaków jest to, żeby nie było nudno. No bo ile można wciskać te oklepane "A jak arbuz, B jak babcia, C jak cebula..."? No dajcie spokój. Jednak, jak udowadnia Maria Ekier, to wcale nie musi być taka nudna klepanina. Autorka bardzo fajnie uporała się z tematem, bo widzicie, nasz alfabet może być, a nawet JEST bardzo inspirujący. Zamiast banalnych powiązań Maria Ekier serwuje czytelnikom (małym i dużym) wyrafinowane rymowanki o apatycznym Alojzym z Arktyki, demonicznym domatorze Drakuli, hardej hienie, jasnoskrzydłych jętkach, upierzonej uszatce, wiotkim wężu i wielu innych. Serię 25 wierszyków zamyka tytułowe złotouste zero w zenicie. Niesamowita jest wprawność autorki w wierszowaniu. To nie tylko genialna książka do nauki alfabetu, to rewelacyjna książka do ćwiczenia naszego języka (już nawet nie mówię o rozwoju słownictwa), ale języka jako naszego mięśnia. Zresztą sami zobaczcie. Rozciągnijcie usta, poruszajcie językiem i przeczytajcie sprawnie na głos fragment:

Bladolicy bąk Błażej z bindugi
Do Hiszpanii poleciał na długi
Weekend. Z głodu ukradkiem
Byczym zajął się zadkiem
I ogromnie bikaver polubił.

I jak Wam to poszło? A to jeden z łatwiejszych języko-łamaczy. :)
Cała zabawa językowa z alfabetem dopełniona jest świetnymi, zabawnymi ilustracjami wykonanymi w technice mieszanej (z tego co mi się wydaje to głównie farby wodne i kredki, może jeszcze tusz). Do naszych ulubionych ilustracji zaliczają się wspomniane wcześniej jętki namalowane na czarnym tle, kolorowy wijący się wąż, no i oczywiście ilustracja na okładce (pięknie kontrastujące ze sobą elementy). Maria Ekier świetnie spisała się w roli autora tekstu i ilustratora.
Brawa również należą się wydawcy - Wydawnictwu Hokus-Pokus, za formę w jakiej książka została wydana. Gruba, żółta kartonowa okładka i rewelacyjny, kontrastujący czarny płócienny grzbiet. Kochamy takie smaczki. Piękne wydanie. Polecamy. Będziecie zachwyceni.
Autor: Maria Ekier
Wydawnictwo: Hokus-Pokus

piątek, stycznia 30, 2015

Pamiętacie jak do znudzenia polecaliśmy i zapraszaliśmy Was na drugą edycję festiwalu Złote Kurczaki, która miała miejsce we Wrocławiu dnia 17 stycznia? Pisaliśmy, że będzie fajnie, że czeka Was tam masa atrakcji, pisaliśmy? Ano pisaliśmy! Jeżeli nie daliście się namówić to teraz patrzcie jakie graficzne cacuszko przeszło Wam koło nosa. ;) Jednym z gości festiwalu był niemiecki twórca komiksowy - Ralph Niese, który na naszym rynku zadebiutował w pierwszym numerze zina Triceps z wydawnictwa ATY.
Styl Ralpha przywołuje na myśl popartowe rysunki Paula Popa, Mika Allred'a czy też Jamiego Hewlett'a i jeżeli to porównanie nie sprawi, że z ekscytacją, czym prędzej przewiniecie stronę do obrazków, to już nie wiem co mogłoby to sprawić.
Ralph Niese tworzy głównie komiksy niezależne, wydawane w różnych antologiach przez rożnych wydawców na całym świecie. Zajmuje się też ilustrowaniem opakowań dla niezależnych twórców figurek. Jego najbardziej charakterystycznym tytułem/komiksem są przygody Młodego Czasopodróżnika (Young Time Traveller).
Postać Młodego Czasopodróżnika została wprowadzona w celu połączenia luźnych pomysłów zebranych z ostatnich 6-9 lat twórczości autora, by ostatecznie stworzyć kompletną sagę fantasy.
Na Złote Kurczaki Ralph przywiózł ze sobą kalendarz promujący jego komiks. Zresztą sam kalendarz jest też po części komiksem. Właściwie to taki miks. Z jednej strony mamy plansze kalendarza z drugiej plansze z komiksem o przygodach, wiadomo, Młodego Czasopodróżnika. Żeby tego było mało, jest jeszcze jedna ciekawostka. Z okazji wizyty Ralpha w Polsce, wydawnictwo ATY wydało komiks Młody Czasopodróżnik - Donald & Simon stanowiący fragment uniwersum Młodego Czasopodróżnika.

Na koniec przyznam się, że trochę się z Wami droczyłem. Jeżeli nie kupiliście kalendarza na festiwalu Złote Kurczaki to można go zamówić w sklepie Gildia. Podobnie zresztą jak komiks Czasopodróżnik - Donald & Simon (który przy odrobinie czasu też zaprezentujemy na naszym blogu).

Teraz podziwiajcie, napawajcie się, wsiąkajcie w te ilustracje jak masełko w ciepłego tosta.
Smacznego.
Autor: Ralph Niese

wtorek, stycznia 27, 2015

Ta minimalistyczna graficznie książeczka opowiada o dziewczynce imieniem Mito, która wybiera się z rodzicami w podróż do stolicy Japonii. Dla naszej bohaterki będzie to pierwsza wizyta w Tokio i dlatego postanawia przed wyjazdem dowiedzieć się co nieco o tym mieście. Wybiega więc na podwórko i po kolei przepytuje napotkane zwierzęta. Otrzymuje od nich zadziwiające odpowiedzi, np. że w Tokio kruki pracują przy wywozie śmieci, sumy surfują na falach, a przeróżne inne zwierzęta dostarczają tam przesyłki pocztowe. Jak się potem okazuje wszystkie w pewnym sensie miały rację. :) Dowiadujemy się tego z pocztówek, które przyjaciele otrzymują od Mito mieszkającej w Tokio.

Pod względem wizualnym książeczka jest idealnie oszczędna – proste kształty, dużo oddechu i mocnych kolorów. Może nie "mangowo japońska" ale na pewno wyczuwa się w jej graficznej warstwie japońskiego ducha. Autor świetnie podkreśla to co ważne i odpuszcza rysowanie zbędnych detali. Płaskie kształty gdzieniegdzie ożywione zostały kolażowymi fakturami (włosy Mito) czy fragmentami zdjęć miasta, zdjęciami monet. Dodaje im to pewnej dynamiki i autentyczności.

Na końcu znajduje się tekst od autora, który opowiada nam odrobinę o powstaniu książki. Co ciekawe sam autor zamieszkał w tym mieście dopiero po studiach i był tak zaprzątnięty codziennością, że nie dostrzegał wyjątkowości miejsca, w którym żyje. Myślę, że śmiało możemy wywnioskować, że autor z pomocą Mito odkrywał na nowo miasto, w którym mieszkał, zaś opracowanie tej książki to próba świeżego spojrzenia na znane mu miejsca.
Muszę przyznać, że początkowo potraktowałam tę książeczkę bardziej jako mini-przewodnik zachęcający do wyprawy za siedem mórz, ale teraz już wiem, że to przede wszystkim prowokator do wyjścia z domu i odkrywania własnego miasta/okolicy na nowo. Polecam wziąć aparat, szkicownik lub różowe okulary żeby łatwiej było zmienić perspektywę :)

Autor: Taro Miura
Wydawnictwo: Tako

wtorek, stycznia 20, 2015

Część z Was pamięta zorganizowany jakiś czas temu na facebooku konkurs, w którym można było wygrać kalendarz Monoruno. Waszym zadaniem było wymyślić dla Tomka Kaczkowskiego zwierze, które mogłoby się pojawić w jego przyszłorocznym kalendarzu. Wasza reakcja była jak zwykle rewelacyjna.  Lawinowo posypały się pomysły, jak się później okazało, bardzo inspirujące dla Tomka. Zwycięzcą wśród zwierzaków okazał się Binturong czyli Niedźwiedzio-kot i to on pojawi się w kalendarzu na 2016 rok. Jednak część podesłanych propozycji spodobały się Tomkowi do tego stopnia, że postanowił owe zwierzęta sportretować natychmiast.
Tak powstał wpis, który właśnie czytacie/oglądanie. To jeden z tych postów, które nie potrafię z marszu zatytułować, ani nadać im właściwą kategorię. Żaden to fanart, ani wpis około-książkowy.
Przyjmijmy więc, że jest to zwyczajna galeria niezwyczajnych kumpli naszego wilka Lupusa.
Miłego oglądania.

czwartek, stycznia 15, 2015

Monika Grubizna (1985) – artystka grafik, ilustratorka (Long Muzzle). Absolwentka Wydziału Sztuk Pięknych na UMK w Toruniu, dyplom z wyróżnieniem w pracowni serigrafii (2010). Brała udział w kilkudziesięciu wystawach grafiki i ilustracji w Polsce i za granicą (m. in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Korei Południowej, Grecji i Stanach Zjednoczonych). W 2014 roku jej ilustracje zostały docenione przez jury American Illustration 33 i 3x3 Professional Show. Współpracuje głównie z instytucjami kultury, wydawnictwami i prasą. Aktualnie mieszka w Bostonie, MA.

niedziela, stycznia 11, 2015

Najnowsza pozycja od Ładne Halo to swoisty przewodnik po miejscówkach do chowania najróżniejszych skarbów. Nie ma na to chyba w naszym języku bardziej odpowiedniego słówka niż tytułowe Skrytki. Takową skrytką może być prawie każde miejsce – jedne dlatego, że nieoczywiste i rzeczywiście trudno dostępne, inne bazujące na powiedzonku „pod latarnią najciemniej”. I tak autorzy podsuwają nam m.in.: nieoczywistą skrytkę za korą drzewa ale też nasze własne buzie jako miejsce ukrycia skarbu.

To kolejna książka dla dorosłych i dzieci jednocześnie. Wydawca określa wiek czytelnika na +3, ale słusznie górna granica się nie pojawia. Dla dzieciaków będzie to przede wszystkim wspaniały pretekst aby przypomnieć sobie wszelkie zapomniane skrytki i wymyślić kilka nowych. Może nawet podczas lektury zdradzą jakieś swoje kryjówki?  Dla dorosłych z kolei ta pozycja może być jedną z (jak my to nazywamy) „jazd sentymentalnych”. Nie muszę chyba pisać, że my uwielbiamy sobie takowe „tripy” fundować :) I Wam też polecamy - pomaga to wielce w pielęgnowaniu wewnętrznego dziecka i łapaniu dystansu. W przypadku tej książki nagle dobijają się do nas wspomnienia z kombinowania naszych własnych skrytek i dzielenia się tymi drobnymi tajemnicami. Pamiętacie trend na szklane „sekrety”, w których pod kawałkiem szkiełka zakopanym w ziemi ukrywało się znalezione błyskotki, liście i płatki kwiatów?? To była strasznie fajna zabawa :)

Od strony wizualnej książka jest przepięknie minimalistyczna. Frapująca czarna okładka z dziurką od klucza, szalona wyklejka i proste, acz oryginalne ilustracje wewnątrz, tworzą z niej piękny przedmiot. Strona ze schodami na strych lub ta łóżkiem, które notabene mogłoby być obrazem Marka Rothko – mistrzostwo. Oszczędność i trafność idą tu w nierozłącznej parze. Tekst nadąża za ilustracjami Agaty Królak – jest krótki ale lotny. Czyta się go wręcz nie rejestrując czynności czytania. Przyjemna książeczka, aż żal że tak szybko się kończy. No ale, autorzy nie mogli przecież sprzedać maluchom wszelkich możliwych pomysłów na skrytki – nie byłoby pola do popisu po lekturze :)
Książeczka została wyróżniona ilustracje w konkursie na "Książkę Roku" przez Polską Sekcję IBBY.

Ps. A jakie Wy mieliście ulubione skrytki? Zdradzicie? Nikomu nie piśniemy. :)

Tekst: Mateusz Wysocki
Ilustracje: Agata Królak

niedziela, stycznia 04, 2015

Iwony Chmielewskiej raczej nikomu z Was nie trzeba przedstawiać. Jej książki nie od dziś budzą zachwyt i uznanie w Polsce i poza jej granicami. Można by się zastanawiać co dokładnie za tym stoi, ale ja myślę, że chodzi głównie o takie całościowe podejście do książki. Książki jako pięknego przedmiotu, książki jako nośnika wartościowych idei i książki jako formy autorskiej wypowiedzi artystycznej.

Najnowsza książka Chmielewskiej jest hołdem złożonym jednemu z naszych najważniejszych zmysłów, niedocenianemu na co dzień - wzorkowi. Nie myślimy na co dzień o tym, że to dzięki niemu możemy podziwiać te wszystkie piękne rzeczy nas otaczające, że to on ostrzega nas przed niebezpieczeństwem i nie myślimy o tym jak wyglądałoby nasze życie bez niego. Chmielewska i na to pytanie odpowiada w rewelacyjny sposób. Pokazuje ile zyskujemy dzięki temu zmysłowi, ale pokazuje także jak z jego brakiem  radzą sobie ci, którzy nigdy nie widzieli lub zdolność wzroku utracili. Jaki dar dostają w zamian.

Oczy to w całości autorska pozycja. To z jednej strony taka książka-zabawka z wyciętymi migdałowymi kształtami oczu na co drugiej kartce, ale również książka-narzędzie do wymuszania na czytelniku głębszej refleksji. To jest taka trochę książka-pułapka – najpierw wzrok przyciągają piękne delikatne ilustracje i ktoś może dać się zwieść, że będzie to coś bardzo lekkiego w odbiorze, jak subtelne kreski rysunków Chmielewskiej. A tu okazuje się, że trzeba o czymś poważnym pomyśleć i czasem po lekturze jeszcze o tym porozmawiać. Jest to jedna z tych książek, które w rewelacyjny, kreatywny sposób dają do myślenia.
Ja tam lubię takie "pułapki" i uwielbiam być skłaniana do refleksji. Dlatego z czystym sumieniem polecam Wam tę publikację.

Warto wspomnieć, że książka oryginalnie została wydana przez koreańskie wydawnictwo Changbi, a w 2013 roku otrzymała nagrodę główną Bologna Ragazzi Award. Za Polską edycję odpowiada wrocławskie wydawnictwo Warstwy. Jest to ich pierwsza publikacja na naszym blogu i z pewnością nie ostatnia. Szczególnie, że jesteśmy zachwyceni formą wydawniczą oraz dopracowaniem publikacji w najmniejszym szczególe. Nie mam tutaj na myśli zbędnych bajerów, ale naprawdę dopracowanie publikacji w najmniejszym jej calu. Zrozumiecie to gdy po skończeniu lektury Oczu, wrócicie do okładki i dłonią, delikatnie przejedziecie po jej powierzchni. ;)

A jeśli przypadkiem ktoś z Was nie zna jeszcze twórczości Iwony Chmielewskiej, to przypominamy, że jakiś czas temu prezentowaliśmy na blogu Kłopot – warto zobaczyć trochę inną koncepcję tej autorki.

Tekst i ilustracje: Iwona Chmielewska
Wydawnictwo: Warstwy

niedziela, grudnia 28, 2014

Jest jesień, dokładnie październik. Liście powoli zaczynają opadać z drzew. Napis na tablicy głosi "Welcome in Dockwood", czy raczej "Welcome in Cockwood", jak to przy użyciu puszki farby przeinaczył pewien lokalny dowcipniś. Dotarłeś do małego miasteczka na południowym-wschodzie Anglii, którego populacja nie przekracza liczby 26 tysięcy mieszkańców. Takiego typowego miasteczka, do którego przyjeżdżasz raz na jakiś czas odwiedzając ciotkę lub innego krewnego i wiesz, że w tym mieście nic, ale to absolutnie nic ciekawego się nie dzieje. Życie toczy się bardzo powoli, mozolnie wręcz, a każdy zajęty jest swoimi codziennymi obowiązkami.
Ten melancholijny, momentami flegmatyczny klimat jest typowy dla komiksów Jona McNaughta. W gruncie rzeczy Dockwood jest pozbawiony typowej fabuły. To dwie jesienne etiudy, w których Jon McNaught splata ze sobą codzienne życie trzech mieszkańców miasteczka, ukazując krótki fragment z ich życia w konfrontacji z sugestywną scenerią jesieni, rozgrywającej się w tle komiksu. Jon McNaught uwielbia skupiać się na małych, prozaicznych momentach życia przypominając, że to właśnie z nich ułożone jest cała nasza historia.
Dockwood to przede wszystkim genialne dzieło graficzne. Nie bez powodu wydane pod szyldem wydawniczym Nobrow. McNaught uwielbia symetrię w swoich ilustracjach. Tą fascynację zdradza już przy okładce, niemalże tworząc idealnie powtarzalny deseń z liści. Podobnie jest wewnątrz komiksu, patrząc choćby na układ kadrów i zawarte w nich ilustracje. Jon preferuje płaskie, bryłowe rysunki utrzymane w bardzo ograniczonej palecie barwnej. Jego styl jest bardzo charakterystyczny. W planach mamy jeszcze jedną prezentację jego publikacji, więc po tym wpisie powinniście od razu rozpoznać styl McNaughta.
Publikacja ta jest w planach wydawniczych Kultury Gniewu. Trzymajcie więc kciuki za rychłą realizację tego planu, ponieważ warto mieć McNaughta na swojej półce.
Autor: Jon McNaught
Wydawnictwo: Nobrow
-
Skąd zamówić? Chyba tylko z amazonu lub od wydawcy.

środa, grudnia 17, 2014

Stało się już tradycją, że co roku kibicujemy kalendarzom MONO Tomka Kaczkowskiego. W tym roku nie będzie inaczej, szczególnie, że najnowszy kalendarz Tomka powstał w subtelnej kooperatywie z naszą pracownią RUNO, dając efekt w postaci projektu MONORUNO. Zbiera on na dziesięciu stronach kalendarza dziesięć leśno-depresyjnych, lekko patologicznych (typowe dla Tomka) ilustracji. Całość wydana na grubym, matowym papierze z oprawką spiralną, czyli co tu dużo mówić, totalnie tak samo jak poprzednie kalendarze Kaczkowskiego. Każdy egzemplarz jest ręcznie sygnowany przez autora i jest to, uwaga, prawda, nie jakaś tam ściema marketingowa. Widzieliśmy na własne oczy jak bazgrze po każdym kalendarzu. Nakład limitowany.
Jeżeli lubisz indiańskie strzały, noże finki, borsuki, pijane kaczory, "wandalizujące" szopy i śpiące wilki to MONORUNO jest dla Ciebie.

Autor: Tomasz Kaczkowski
Wydawca: RUNO-Manufaktura
Gdzie kupić? Kup tutaj!

http://runo-manufaktura.pl/pl/p/51/202/Kalendarz_Monoruno_2015
Tekst i zdjęcia: Grzegorz Teszbir

poniedziałek, grudnia 15, 2014

Wyobraźcie sobie klasyczne baśnie braci Grimm o Babie Jadze oraz Jasiu i Małgosi przekalkowane przez wyobraźnię przesiąkniętą mroczną twórczością Mike'a Mignoli, a otrzymacie album, który za chwilę Wam zaprezentuję. Quiet Little Melody to albumowy debiut Sebastiana Skrobola, w którym autor garściami czerpie z klasycznych, znanych nam z dzieciństwa bajek, zastępując ich niewinność bardziej mroczną, momentami makabryczną wizją. Sebastian bazując na schematach klasycznych baśni buduje swoją własną opowieść o dwojgu rodzeństwa, z których jedno jest śmiertelnie chore, a drugie postanawia wyruszyć w poszukiwaniu cudownego lekarstwa w głąb tajemniczego lasu pełnego wiedźm, wilkołaków i trupów.
Quiet Little Melody to w pełni niema historia podzielona na cztery, następujące po sobie akty, z których jeden jest retrospektywnym przerywnikiem rozwijającym główny wątek historii. Zabieg o tyle fajny, że przerywa "liniowe" czytanie całej historii, nadając jej bardziej dynamicznego charakteru.
Jak już wspomniałem cały komiks jest pozbawiony dymków z tekstem. Sebastian swoją historię opowiada uniwersalnie, przy pomocy jedynie zgrabnej narracji graficznej i wychodzi mu to świetnie. Jeszcze przed premierą komiksu, na podstawie przykładowych plansz można było zakładać, że będzie to jeden z bardziej widowiskowych graficznie komiksów tego roku. Założenia się potwierdziły, Quiet Little Melody to świetny album graficzny, z rewelacyjnymi mrocznymi ilustracjami, utrzymanymi w zamkniętej palecie barw. Nie sposób porównać rysunków Sebastiana do jakichkolwiek innych. Wypracował on sobie bardzo oryginalny styl z charakterystycznymi fluorescencyjnymi elementami graficznymi oraz teksturami w tle.
Komiks Skrobola to świetna baśniowa historia w rewelacyjnej mrocznej oprawie wizualnej z potencjałem na serię lub cykl. Jedyne co mi przeszkadza w tym komiksie to forma wydania. Niestety bardzo charakterystyczna dla Wydawnictwa Komiksowego, a totalnie nie pasująca do komiksu Skrobola. Zamiast matowego, kremowego papieru dostajemy papier śliski (kreda? powlekany?) totalnie nie oddający charakteru postarzanych, teksturowanych plansz komiksu. To samo z okładką, niestety, mimo, że jest to gruba, albumowa okładka, oddaje wrażenie taniej i ponownie niedobranej do formy graficznej komiksu. Szkoda, bo mogło to świetnie dopełnić całość, czyniąc z tego komiksu wizualne i edytorskie cacuszko pod każdym względem. No, ale jest to moje i wyłącznie moje widzimisię i polecam Wam komiks Quiet Little Melody bez dalszego przynudzania. Powinien się Wam spodobać, szczególnie jeżeli lubicie mroczne, baśniowe klimaty.

środa, grudnia 03, 2014

Przed Wami pierwszy z cyklu gościnnych wpisów, które będą co jakiś czas pojawiały się na naszym blogu. Nosiliśmy się z tym pomysłem już jakiś czas i praktycznie od początku chcieliśmy by to właśnie Maciej Gierszewski, autor bloga Kopiec Kreta rozpoczął tę nową tradycję na naszym blogu. Udało się. Wymyśliliśmy z Maćkiem, że fajnie by było zastanowić się nad fenomenem Fistaszków Charlesa Schulza. Za co tak bardzo kochamy Fistaszki? Maciej napisał świetny, osobisty tekst, z którym, o ile należycie do właściwego "kościoła" (subtelny spoiler) zgodzicie się w stu procentach lub, który po prostu przekona Was do tej serii. Nie zatrzymuję Was dłużej. Oddaję głos Maćkowi.
-
Niektórzy, nie wszyscy, nawet nie większość wszystkich, pozwoliliby się pokroić, byle by tylko mieć w swojej domowej biblioteczce kolejny album „Fistaszków zebranych”. Ogół czytelników można podzielić na dwie grupy: należących do Kościoła im. Charliego Browna i spółki oraz nie należących. Sam zaliczam się do pierwszej grupy.





Zrazu nasuwa się pytanie: Na czym polega fenomen „Fistaszków”? Nad nim zastanawiało się wiele mądrych głów (choćby Umberto Eco czy Jerzy Szyłak). Odpowiedzi jest tak wiele, jak osób próbujących jej udzielić. Ciężko na nie wyczerpująco i z sensem odpowiedzieć, dlatego nawet nie będę próbował. Fakt pozostaje faktem: komiksowe paski autorstwa Charlesa M. Schulza cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem, zdobywają rzesze nowych i wiernych czytelników.
Oczywiście nie do wszystkich trafia humor i rzeczywistość wykreowana przez autora. Znamienna dla tych komiksów jest szczątkowość i fragmentaryczność ujęcia akcji, która została zastąpiona głęboką introspekcją bohaterów. Komentuje się ich zachowania, próbując dociec motywów działania i zachowania.




Przestrzeń „Fistaszków” zaludniają jedynie dzieci. Cechą charakterystyczną jest całkowita fizyczna nieobecność dorosłych. Sporadycznie widzimy fragment kończyny (dolej lub górnej) dorosłego, nigdy jednak twarzy. O dorosłych się mówi, najczęściej o najbliższej rodzinie: mamie, tacie czy babci, ale i o nauczycielkach. Dorośli wypowiadają swoje kwestie zza kadru, nie mamy okazji ich przeczytać, możemy się jedynie domyślać – po odpowiedziach dzieciaków – co mówią i o co pytają. Cytowane są całe wypowiedzi, które okraszone są przez małoletnich bohaterów komentarzem – często ironicznym lub sarkastycznym – wskazującym na niezrozumienie przez dorosłych poruszanych kwestii.




Mam nieodparte wrażenie, że lektura „Fistaszków” jest doświadczeniem prywatnym, wręcz intymnym. Osobiście mogę mówić o pechu, jaki mnie prześladuje. Ponieważ najbliższe mi osoby nie dzielą ze mną niezdrowej fascynacji serią. Przestałem dzielić się paskami najtrafniej komentującymi rzeczywistość lub najśmieszniejszymi, bo gdy dawałem do przeczytania lub sam głośno czytałem, to słyszałem: „Już?”, „A gdzie pointa?” lub „Acha”.





Schulz na przestrzeni wielu dziesięcioleci powołał do życia ponad pięćdziesiąt dziecięcych postaci, z czego około piętnastu to bohaterzy pierwszoplanowi, pojawiający się regularnie. Z niektórymi się zaprzyjaźniamy, niektórych lubimy, innych nie, bo są irytujący. Z tak rozbudowanej grupy czytelnik może sobie wybrać osobę (lub osoby), której kibicuje, życzy jak najlepiej oraz identyfikuje. Przyznaję, jestem wielkim fanem całej rodziny van Pelt, do której należą: Lucy, Linus i Rerun. Gdybym musiał wybrać jednego ulubionego bohatera, bez którego nie wyobrażam sobie lektury „Fistaszków”, to wahałbym się między Lucy a Linusem, pewnie dlatego, że w każdej tej postaci odnajduję cząstkę siebie; ostatecznie wybrałbym Lucy.
Lucille ‘Lucy’ van Pelt: najstarsza z trojga rodzeństwa van Pelt. Regularnie zdobywa wszystkie możliwe stanowe i krajowe laury w konkursie na największą zrzędę, więc pewnie jest największą zrzęda na świecie. Cierpi na niezdiagnozowaną nerwicę natręctw – kompulsywnie musi liczyć (płatki śniegu, gwiazdy). Jest apodyktyczna i szorstka; uważa, że jest w pełni doskonała, a pozostali nie są. Z wielką precyzją sporządza listy wad swoich przyjaciół i wręcza je w dobrej wierze – aby wiedzieli nad czym mają pracować.

A Wy którą z postaci lubicie najbardziej i dlaczego? Piszcie.

Autorem Fistaszków jest Charles Schultz
Serię kolekcjonerską Fistaszki zebrane wydaje wydawnictwo Nasza Księgarnia.
Gościnny wpis przygotował:
Maciej Gierszewski: poeta, prozaik, redaktor, autor bloga Kopiec Kreta. Pisuje o komiksach, m.in. na ksiazki.wp.pl, Kolorowych Zeszytach oraz Alei Komiksu. Opublikował dwie książki z wierszami: Profile, Luźne związki oraz jedną z opowiadaniami: Moje życie z Dżejmsem. Prowadzi popularny fanpage na fb: Są komiksy dla dzieci. Mieszka w Poznaniu.
Wstęp i zdjęcia przygotował Grzegorz Teszbir

Sprawdź najtańsze oferty


Najpopularniejsze ostatnio

 
undefined