czwartek, lipca 14, 2016

Całkiem niedawno daliśmy się pozytywnie zaskoczyć wznowieniem baśni Janiny Porazińskiej Szewczyk Dratewka, ale przygotowanym z zupełnie nową oprawą graficzną. Jest to kluczowe, ponieważ poprzednie wydanie z roku 2011 było, jakby to powiedzieć delikatnie? Nie trafiało w nasz gust, chyba delikatniej się nie da opisać odczuć jakie mieliśmy widząc choćby samą okładkę.

Autorką ilustracji najnowszego wydania książki jest Ewa Poklewska-Koziełło, którą możecie kojarzyć z ilustracji do takich książek jak Wyprawa na biegun. O ekspedycji Amundsena lub Teoria pana Alberta. Jednak mi do gustu najbardziej przypadły plansze właśnie z Szewczyka Dratewki, które, i pewnie był to zamierzony zabieg, przywołują na myśl wspomnienia starych, ilustrowanych książek z dzieciństwa, ale jednocześnie widać w nich to współczesne wykończenie. Wpisuje się w to obecny trend ilustrowana książek z retro zacięciem. W tym jednak przypadku styl ten jest naprawdę uzasadniony. Myślę, że wizualnie książka przypadnie do gustu starszym czytelnikom, takim jak ja i tym młodszym.

Samej baśni chyba nie muszę Wam przypominać, prawda? Jeżeli rzeczywiście nie pamiętacie to będzie to kolejny powodów by kupić tę książkę. Gdyby jeszcze było Wam mało powodów dla których warto kupić tę książkę, to powiem ile ona kosztuje - 11,90 zł. Tak, taka cena widnieje na okładce, czyli jeżeli dobrze poszukacie to kupicie ją jeszcze taniej.

Więc mamy starą baśń o Dratewce, którą pewnie pamiętacie z dzieciństwa, wznowioną w ładnej oprawie graficznie i za przyzwoitą cenę. Czego chcieć więcej?

Tekst: Janina Porazińska
Ilustracje: Ewa Poklewska-Koziełło
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
-
Kup tanio tutaj

czwartek, czerwca 23, 2016

Mieliśmy już okazję poobserwować jak zmienia się pewne miasto i jego mieszkańcy na przestrzeni jednego roku. Tym razem wydawnictwo Nasza Księgarnia wraz z Emilią Dziubak zapraszają czytelników by zajęli wygodnie miejsce w zmyślonej ambonie, po to by razem podglądać mieszkańców pewnego lasu i ich zwyczaje.

Rok w lesie to dwanaście szczegółowo zilustrowanych rozkładówek, każda z kolejnym miesiącem roku. Podobnie jak to było w przypadku książki Rok w mieście, tutaj również nasze zmyślone lornetki ustawione są na sztywno, kadrując nam ciągle ten sam fragment lasu. Dzięki temu łatwiej możemy zaobserwować zachodzące w lesie zmiany z miesiąca na miesiąc, ale także w różnych sytuacjach pogodowych oraz porach dnia. Rok w lesie to przewodnik po zwyczajach leśnych mieszkańców. Co je niedźwiedź, kto śpi w dzień, a kto śpi w nocy, kto jest największych łobuzem w lesie i gdzie mieszkają dziki? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań szukajcie na szczegółowych ilustracjach książki. No właśnie, jak bardzo szczegółowe są plansze Roku w lesie? Bardzo! Pisałem już o tym przy poprzedniej książce z tej serii, ale napiszę jeszcze raz - uwielbiałem jako dziecko i dalej uwielbiam publikacje, których ilustracje można lustrować raz po razie, a i tak przy kolejny oglądaniu znajdziemy jakąś ukrytą historię, której wcześniej nie widzieliśmy. Emila Dziubak odwaliła kawał świetnej roboty. Jej plansze z pewnością będą pobudzały wyobraźnię i spostrzegawczość nie jednego młodego czytelnika.

Jako rozszerzenia książki, na pierwszej stronie znajdziecie mini atlas zwierząt ze skrótowym opisem jego najciekawszej cechy. Z kolei na ostatniej stronie publikacji będziecie mogli pomóc małym, leśnym stworzonkom pokonać przeprawę przez zawiły labirynt.

Ilustracje: Emilia Dziubak
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
-
Kup tanio tutaj

czwartek, czerwca 16, 2016

Od jakiegoś czasu wraca moda na meble na wysoki połysk i modernistyczną architekturę. Na książkowe półki również zaczynają powracać ilustrowane książki z tamtych lat. Najświeższym tego przykładem są spakowane w ładny zestaw trzy książeczki Terlikowskiej i Zamecznika, które były pierwotnie wydane osobno w roku 1964 i 1970. Jako, że sami bardzo lubimy design i ilustracje z tamtego okresu, nie mogliśmy przejść obok tych pozycji obojętnie. Zatem pozachwycamy się teraz trochę.

Jak się pewnie domyślacie książeczki o figurach muszą mieć dość mocne zacięcie edukacyjne. Są przeznaczone dla dzieciaków wkraczających w świat figur geometrycznych. I niby to tylko takie trzy podstawowe figury: trójkąt, koło i kwadrat, a jednak pokazane ze swoistym minimalistycznym rozmachem. To co lubię w książkach dla dzieci z tamtych lat (na razie pomijając ilustracje), to język. Odnoszę wrażenie, że kiedyś autorzy dużo bardziej się trudzili aby nie pisać dla dzieci najprostszym możliwym językiem, aby choć trochę wymagać od młodych czytelników wysiłku w odbiorze treści. Podoba mi się bardzo rytm i podejście do rymów, ale także lekkość w przeskakiwaniu od tematu do tematu – np. raz jesteśmy przed piramidą, a na następnej stronie już na morzu z rybakiem. Terlikowska pokazuje nam figury w otaczającym nas świecie, czyli w sposób najbardziej przystępny dla dziecka. Jedynie w książeczce o kwadracie jest odrobinę inaczej. Można rzec bardziej abstrakcyjnie, ale tylko na początku. Może to kwestia tego, że to ostatnia książeczka z serii i wydana była po kilkuletniej przerwie? Ilustracje Stanisława Zamecznika świetnie nadążają za rytmem tekstu. Są proste, ale dzięki temu bardzo czytelne i łatwe w odbiorze. Paleta barw jest ciekawie dobrana i ograniczona do kilku odcieni, co pewnie wynika z techniki druku. Ta dwójka twórców stworzyła coś mocno ponadczasowego: ani tekst, ani ilustracje nie straciły nic, a wręcz zyskały odrobinę pozytywnej patyny.

Jeszcze słówko o stronie wydawniczej, choć dla mnie już sam fakt, że za publikacją stoi wydawnictwo Warstwy oznacza jedno – będzie bardzo dobrze. I tym razem także tak jest. Przyjemny papier o kremowym kolorze i dopracowane w każdym szczególe pudełeczko zbiorcze dopełniają tekstu i ilustracji. Za opracowanie graficzne odpowiada Grupa Projektor więc w sumie nie ma się do czego przyczepić, a można jedynie chwalić. Super sprawdza się tutaj minimalistyczny font Futura. Trochę tylko żałuję, że nie mam przed sobą oryginalnego wydania, bo bardzo bym chciała porównać papier, kolory i skład typografii obu wydań tej serii.

Teks: Maria Terlikowska
ilustracje: Stanisław Zamecznik
Wydawnictwo: Warstwy
-
Kup tanio tutaj

wtorek, maja 31, 2016

Pozwólcie, że przedstawimy Wam kolejnego zdolnego ilustratora, który przygotował dla nas wilczą ilustrację.

Marcin Mokierów-Czołowski (ur. 1991) absolwent Wydziału Grafiki na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Specjalizuje się w ilustracji, plakacie oraz identyfikacji wizualnej.
Podziwiajcie. 

poniedziałek, maja 16, 2016

Książka Domy autorstwa Carson Ellis to prześliczne rozwinięcie przysłowia "Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej", w myśl którego autorka podkreśla, że dom to nie tylko budynek mieszkalny, ale też, a może przede wszystkim, miejsce, w którym mieszkamy i które jest dla nas wyjątkowe i ważne. Jak różni są ludzie, jak różne są ich potrzeby, pasje, język czy kolor skóry, tak bardzo różne są ich "domy". Właśnie tę różnorodność, za pomocą świetnych ilustracji, podkreśla Carson. Można mieszkać w chatce na wsi, ale także w mieszkaniu w mieście. Można mieszkać w wigwamie, ale można też mieszkać w zamku. Możliwości jest cała masa. Dom może być duży, ale może być też mały. Wąski lub szeroki. Tej różnorodności, jak udowadnia autorka nie ogranicza nic poza naszą wyobraźnią. To właśnie do wytężenia wyobraźni Carson zachęca czytelnika, zostawiając ilustracje nietypowych domów, jedynie pytaniem o to do kogo mogą należeć. Jestem przekonany, że po lekturze Domów niejeden młody czytelnik chwyci czystą kartkę, pudełko kredek i zacznie rysować swój wymarzony dom.

Przyznam się, że premiera książki Carson umknęła mojej uwadze. Nie wiem czy to moja nieuwaga, czy rzeczywiście w zalewie ilustrowanych książek dla dzieci, premiera Domów przeszła bez większego echa. Dla pewności, polecam Wam tę publikację z całego serca. Już teraz ośmielę się stwierdzić, że będzie to jeden z ładniejszych picturebooków tego roku. Carson Ellis trafia na listę moich ulubionych ilustratorów i mam szczerą nadzieję, że Wy także pokochacie jej Domy. Poza fajnym tematem, ślicznymi ilustracjami, książka jest zgrabnie wydana - duży format, sztywna okładka i złocenie/tłoczenie tytułu. Wszystko to dostajecie za naprawdę śmieszną kasę. Kupcie sobie Domy do domu, nie zawiedziecie się.
Autor: Carson Ellis
Wydawnictwo: Wilga

piątek, maja 13, 2016

Na pierwszy rzut oka nieMAPA wygląda prawie jak zwykła mapa – poskładana w harmonijkę z dużą nazwą miasta i widoczkiem na froncie. Nic bardziej mylnego! nieMAPA to niesamowity przewodnik po mieście, który wcale nie jest skierowany do turystów. Autorki nieMAPY - Małgorzata Żmijska i Joanna Studzińska – przygotowały przewodnik głównie dla mieszkańców miasta i ich rodzin, aby mogli wspólnie na nowo odkryć swoje miasto. Na nieMAPA nie ma nazw ulic. Są za to piękne kolorowe ilustracje Maćka Blaźniaka, mnóstwo ciekawostek oraz propozycje zabaw.


Do tej pory powstały już trzy nieMAPY: Łódź, Rzeszów i Wrocław. Trwają prace nad nieMAPĄ dla Lublina. Pokażemy Wam dziś najnowszą, czyli tę wrocławską, która jest nam jednocześnie najbliższa. Mieszkamy we Wrocławiu, a na niemapowym szlaku znalazło się aż pięć miejsc, które leżą tak blisko naszego mieszkania, że pobiegliśmy je odkryć lub sobie odświeżyć jeszcze tego samego popołudnia, kiedy nieMAPA wpadła w nasze łapki.
Bardzo ciekawy jest dobór miejsc, do których zaprasza nas wrocławska nieMAPA. Są wśród nich, oprócz oczywistych atrakcji typu: Ogród Japoński, czy Mostek Czarownic, takie miejsca jak: osiedle WUWA lub labirynt w Parku Brochowskim. Fajnie, że pojawiły się też miejsca dość nowe, jak Hydropolis, Barbara i miejsca kultowe - Pomnik Anonimowego Przechodnia. Jednym słowem jest różnorodnie. A to na pewno spodoba się dzieciakom, które np. po wyprawie do Muzeum Poczty i Telekomunikacji chętnie przejadą się karuzelą w Parku Staromiejskim.




Kiedy przeczytałam po raz pierwszy, że powstanie nieMAPA Wrocław, od razu zastanowiło mnie, co autorki umieszczą w sekcji z regionalizmami. Takie typowe słówka i ich wytłumaczenia, znalazły się bowiem na dwóch poprzednich nieMAPACH. A we Wrocławiu trudno znaleźć takie typowe określenia. Okazało się, że i na to znalazł się pomysł. I tak zamiast typowych słówek, mamy przepis na wrocławski pasztecik. To co prawda potrawa, którą trochę zapomniano, ale tak prosta w wykonaniu, że na pewno każdy może ją przyrządzić (no chyba, że jest wege ;)).



Na nieMAPIE nie zabrakło też wrocławskich krasnoludków. Ja osobiście jestem już nimi odrobinę zmęczona, a pewnie wielu mieszkańców Wrocławia już ich po prostu nie zauważa. Za to dzieciaki zawsze mają frajdę poszukując kolejnych małych ludzików w najdziwniejszych punktach miasta. Dodatkowo autorki zachęcają małego wędrowca do ukrycia w przestrzeni miejskiej własnego krasnala, co akurat bardzo mi się podoba.



Zgodnie dołączamy się do apelu autorek: "Weź nieMAPĘ i chodź na spacer!", a potem wyślijcie komuś bliskiemu pocztówkę z pozdrowieniami z Wrocławia.



nieMAPY można kupić w księgarni Tajne Komplety w Przejściu Garncarskim i w punktach Informacji Turystycznej na Rynku. Na stronie www.niemapa.pl znajduje się także bezpłatna wersja nieMAPY.

Tekst: Weronika Kołodziej, zdjęcia: Grzegorz Teszbir

poniedziałek, kwietnia 25, 2016

Pierwsza myśl, jaka przebiegła mi przez głowę po odczytaniu tytułu tej książki, była mniej więcej taka: 30 trampolin? To musi być niesamowita historia. Nie potrafiłam sobie bowiem wyobrazić aż tylu trampolin naraz. Okazało się, że tak naprawdę trampolina jest jedna, ale występuje w 30 wersjach. I nie chodzi tu o różne modele trampolin dostępne na rynku. Autorka stworzyła 30 różnych wersji tej samej krótkiej historyjki – to jakby 30 różnych równoległych światów, w których niby dzieje się to samo, ale zawsze trochę inaczej. Za każdym razem bazą są wydarzenia jednego wakacyjnego popołudnia. Para bliźniaków – Łukasz i Zosia spędzają je razem z mamą na basenie i rolkach. Po powrocie czeka ich w domu niemiła niespodzianka – ich ogrodowa trampolina znika. Z ust Łukasza padają pewne niechlubne przypuszczenia, ale już po chwili tata wyjaśnia całej trójce niezwykłe zaginięcie trampoliny. Nie będę zdradzać Wam zakończenia, ale powiem, że jest ono dość zaskakujące i dokłada do historii łatwy do odczytania morał, co jest także dużym plusem – w końcu to książka dla dzieci.

Mamy zatem tę historię w wersji wierszowanej, skrótowej, słownikowej, bardziej dla oczu, bardziej dla uszu, baśniowej, futurystycznej, pesymistycznej, optymistycznej i jeszcze wielu innych. Osobiście najbardziej podobają mi się wersje przedstawione z punktu widzenia każdego z głównych bohaterów, czyli poszczególnych członków rodziny. To jak bardzo są one od siebie różne podkreśla dobitnie, jak odmiennie ludzie zapamiętują te same wydarzenia. Bardzo fajnym zabiegiem jest to, że na końcu książki każdy czytelnik może spróbować słownej i obrazkowej gimnastyki i stworzyć własną wersję przygód rodzinki.

Z informacji na okładce dowiadujemy się, że pomysł na opowiedzenie tego samego na wiele sposobów nie jest nowy – autorka inspirowała się książką dla dorosłych Raymonda Queneau pt. "Ćwiczenia stylistyczne" (w tłum. Jana Gondowicza), w której opisał on na 99 sposobów błahe
zdarzenie, do jakiego doszło pomiędzy dwoma pasażerami autobusu. Podjęcie podobnego eksperymentu skierowanego do dziecięcego czytelnika to nie lada wyzwanie. Co tu dużo pisać – wyszło znakomicie.

W warstwie ilustratorskiej na medal spisała się Paulina Daniluk – rysunki są lekkie niczym podskoki na trampolinie, różnorodne, często zabawne i świetnie współgrają z różnymi stylistykami kolejnych wersji opowieści. To pierwsza książka z ilustracjami Daniluk na naszej półce – będziemy bacznie śledzić jej poczynania. Duży plus za przemycenie zabawnego wilka (psa?), który nie występuje nigdzie w tekście książki.

Przybijamy zatem piątkę wilczą łapką!

Autorka: Dorota Kassjanowicz
ilustracje: Paulina Daniluk
Wydawnictwo Albus

środa, kwietnia 13, 2016

Marcin Kurowski (czasem Qrowsky, Qrowski czy Qrkz, ostatnio raczej Furunguat) - studiuje grafikę w dziwnym mieście Krakowie. Rysuje, pisze, czasem coś zrobi do jakiegoś zina. Obecnie pracuje nad komiksem i książką dla dzieci. Ciągle psuje mu się tablet. 

piątek, kwietnia 01, 2016

Przyszła wiosna, tak mocno wyczekiwana po zimie. Dłuższe i coraz cieplejsze dni, natura powoli budzi się do życia. To znak dla wszystkich ogrodników, nawet tych balkonowych, że już najwyższa pora coś zasiać. Kupić nasionka i powkładać je do ziemi. Chociażby rzeżuchę, albo rzodkieweczkę czy pomidorki koktajlowe na balkonie. Patrzeć jak rośną, powoli, ale jednak, niemalże z niczego, bo przecież czymże jest takie maluteńkie nasionko, przelatujące miedzy palcami?
To niby takie oczywiste, że z małego nasionka wyrasta roślinka, którą później możemy zjeść lub która obradza owocami, które jemy. To niby takie banalne, ale wszyscy byliśmy kiedyś w takim wieku kiedy takie sprawy nie były dla Was wiedzą oczywistą, a już na pewno nie banalną. Wiem, wiem, powiecie: kiedy to było? Ano dawno. Właśnie dla takich maluszków - autorka nazywa ich "pre-czytelnikami" - jest ta książka. Dzięki niej można lekko i przyjemnie opowiedzieć dziecku o procesie rozwoju roślin. Książeczka nie ma tekstu, zatem każdy może ją opowiedzieć nieco inaczej, lub wiele razy inaczej. I jest to duży plus tej książki, która objętościowo może nie jest ogromna, ale daje pole do popisu naszej wyobraźni. Książka, jak na publikację dla maluchów przystało, jest wykonana z grubego kartonu. Ale co najważniejsze jest w całości drukowana techniką sitodruku. I tutaj następują - achy i ochy z naszej strony. Uwielbiamy sitodruki, wielokolorowe sitodruki jeszcze bardziej. Kochamy te małe smaczki, jak to, że gdzieś jeden kolor wchodzi na drugi, albo kiedy dzięki celowemu nałożeniu dwóch warstw, barwy mieszają się tworząc nowy kolor. To jest z założenia bardzo prosta technika i jednocześnie tak bardzo szlachetna. Zwłaszcza w dobie wszędobylskiego druku cyfrowego. Bardzo podoba nam się także dobór kolorów - żywe, niektóre wręcz fluorescencyjne, ale razem tworzące fajny spójny zestaw kojarzący się z naturą.
No i jeszcze musimy powiedzieć słówko o grzbieciku. Książka nie jest szyta, jest składana harmonijkowo, ale grzbiet jest dodatkowo wzmocniony tekstylną pomarańczową taśmą - bardzo ciekawe i wizualnie intrygujące rozwiązanie.

Autorką książki Nasionko jest laureatka Bologna Children’s Book Fair 2003 - Marta Kwiatek. W niewielu przypadkach można powiedzieć, że autor książki odpowiada za cały proces jej powstania. W tym przypadku tak było. Marta samodzielnie drukowała swoją książkę na sicie w Kwiaciarni Grafiki, więc naprawdę jest to jej bardzo osobista książka. To już druga publikacja z tej pracowni na naszym blogu. Wcześniej pisaliśmy o Typozine i wówczas również zwracaliśmy Wam uwagę, że publikacja jest mocno limitowana, jak to przystało na ręcznie składane książki.

Jeżeli Nasionko się Wam spodobało, to nie zwlekajcie z jego zakupem. Marta wydrukowała tylko 75 sztuk tej książki. Wszystkie są sygnowane i numerowane przez autorkę. Dodatkowo można zaopatrzyć się w plakat z nasionkiem. Polecamy!

Gdzie można zamówić książkę? Najlepiej pisząc do Kwiaciarni Grafiki -  kontakt@kwiaciarniagrafiki.pl

Autorka: Marta Kwiatek
Wydawca: Kwiaciarnia Grafiki

niedziela, marca 06, 2016

Komiks określany jest przez niektórych jako medium stanowiące zbilansowany środek między statyczną ilustracją a animacją. Publikacje cyfrowe pozwalają przesunąć ten środek nieco bardziej w stronę animacji. Jednym z takich przykładów jest OivaviO - seria krótkich, animowanych komiksów, których autorem jest, pochodzący z Ukrainy ilustrator i animator Stas Santimov.

Santimov w swoim projekcie wykorzystuje zapętlone animowane sekwencje jako kadry komiksu, które z kolei publikuje jako popularny format zapisu plików graficznych: gif (Graphics Interchange Format). Wszyscy z pewnością kojarzą ten, stworzony w latach 80-tych na potrzeby projektowania stron internatowych, format plików. Zyskał on znaczącą popularność gdyż pozwalał tworzyć proste animacje po-klatkowe. Obecnie służy niemalże wyłącznie do tworzenia memów, ale jak widać na załączonych poniżej obrazkach, nie tylko.


niedziela, lutego 28, 2016

Kiedy dobre kilka lat temu jechaliśmy po raz pierwszy do Berlina, Grzegorz, po godzinach poszukiwań w necie, stworzył dla nas mapę murali i szablonów, które warto tam zobaczyć.
I przyznam, byliśmy lekko oszołomieni ilością tych prac, często także ich wykonaniem i jaraliśmy się jak dzieci znajdując mocno już "zużyte" szczury Banksego wrośnięte w tkankę murów. Podczas kolejnego wypadu odkryliśmy też, że tam street art już wszedł do galerii. Ba! Były galerie, które zajmowały się tylko i wyłącznie promowaniem artystów związanych ze sztuką ulicy – np. Circle Cultrue. No nie powiem, że nie robiło to na nas wrażenia. 
W Polsce wtedy oczywiście były wlepy, graficiarskie tagi, wrzuty na pociągach, jakieś szablony. Ale murale to była raczej rzadkość. Mieszkaliśmy już wtedy we Wro i jak się okazało byliśmy we właściwym miejscu. To Wrocławiowi pozazdrościła później reszta polskich miast, kiedy sukcesem okazywały się kolejne edycje Out of Sth. No i się zaczęło. Teraz w Polsce chyba już każde miasto ma swój festiwal street artu. Sami już nie wiemy co o tym wszystkim myśleć. Uwielbiamy dobry streetart, ale zaczyna nam doskwierać ilość, a czasem także jakość tych wielkoformatowych prac.

Żeby było ładnie - Rozmowy o boomie i kryzysie street artu w Polsce

poniedziałek, lutego 01, 2016

Zapytam prosto z mostu - macie już kalendarz na nowy rok? Wiem, wiem, jest już luty, ale serio, macie już kalendarz na nowy rok?  Jaonna Bartosik (którą powinniście kojarzyć choćby z naszego lupusowego fanartu) przygotowała dla Was takie rewelacyjne kalendarze ścienne. Dostępne w dwóch rozmiarach 21 x 42cm oraz 8,5 x 20,5cm. Z większym dostajecie w zestawie klips do spięcia i powieszenia kalendarza, ale nie ten ze zdjęcia. Ten ze zdjęcia to nasz prywatny, wieszako-klips, dyżurny, do kalendarzy. Jeszcze wrócę do tego, że jet luty. Luty w kalendarzu Joanny ma najfajniejszą ilustrację, więc serio, nie zmarnujcie tej szansy. To jest ten moment by sobie taki kalendarz zamówić, powiesić i napawać się tymi fajnymi ilustracjami. Ah i jeszcze dodam, że kalendarz jak widać jest drukowany w odcieniach szarości, więc spokojnie można po nim (jeżeli ktoś ma taką dewastacyjną potrzebę) bazgrać, zakreślać, planować, ale nie polecam, bo szkoda, no ale można, jak ktoś już musi.

Kalendarz możecie zamówić bezpośrednio u Joanny pisząc do niej maila lub wiadomość na jej profilu facebook. Tanie są - duży kosztuje trzydzieści zika + wysyłka, a mały dyszkę + wysyłka, więc sami widzicie, jest okazja. 

poniedziałek, stycznia 25, 2016

Późno zaczynamy nowy rok na naszym blogu, ale za to z petardą wydawniczą. To była jedna z najmocniej wyczekiwanych premier końcówki zeszłego roku (przynajmniej przez nas). Już same plansze podglądowe wywoływały niemały zachwyt, ale trudno się dziwić kiedy ich autorem jest nie kto inny jak Joanna Concejo. Tym razem ta wielce zdolna autorka i ilustratorka książek wzięła na warsztat klasykę braci Grimm - Czerwonego Kapturka.

Ciekawe czy ktoś kiedyś policzył jak wiele razy ilustrowana i wydawana była bajka o Czerwonym Kapturku. Można by założyć, że tak wiele razy w przeciągu ponad 200 lat, że już nic nowego z tą historią nie da się zrobić. A jednak – da się! Udało się to znakomicie Joannie Concejo. Zresztą nie jestem sobie w stanie wyobrazić nikogo innego, kto mógłby zrobić to lepiej. Dzięki tej ilustratorce znana wszystkim na pamięć historia o małej dziewczynce przemierzającej las w drodze do babci staje się dużo bardziej oniryczna i poplątana. Niby ilustracje opowiadają tę samą bajkę, a jednak jest trochę tak, jakby to była inna równoległa rzeczywistość. Czerwony Kapturek Joanny Concejo gubi swój główny atrybut już na początku bajki, skacze z wilkiem w workach i zamiast z nim dyskutować, o tym kto ma wielkie oczy, to pozwala zaplatać sobie warkocze. I wcale tu nie narzekam, że coś się z czymś nie zgadza. Bardzo odpowiada mi ten drugi poziom narracji i wszystkie niedopowiedzenia wprowadzone przez ilustratorkę. Dzięki temu stara bajka nabiera nowej jakości.

Może się trochę rozmarzyłam, ale oczami wyobraźni widzę już wielki tom Baśni Braci Grimm z ilustracjami Joanny Concejo. To byłoby coś!


Wilhelm i Jakub Grimm
Ilustracje: Joanna Concejo
Wydawnictwo: Tako

czwartek, stycznia 14, 2016

Autorka o sobie:
Nazywam się Magda Kościańska. Projektuję i ilustruję, ponad to - piszę i od czasu
do czasu prowadzę warsztaty. Choć chętnie i najczęściej "dziubię" na papierze akwarelowe detale, w moim portfolio znajdziecie rozmaite realizacje: ilustracje książkowe i opakowania, projekty gier karcianych i deseni, a nawet trochę malowanych ścianek. Przy lub na biurku często towarzyszy mi asystent Ryszard,
który lubi mieszanie farb (i mieszanie w ogóle) oraz wylegiwanie się na kartkach - oczywiście, najlepiej zamalowanych.

środa, grudnia 23, 2015

Z prezentacją tej książki zwlekaliśmy rok. W przeciwieństwie do innych, oczekujących na swoją blogową premierę publikacji, w tym przypadku była to zwłoka zaplanowana. Znaleźliśmy ją pod choinką dokładnie rok temu. Już wtedy wiedzieliśmy, że albo zaprezentujemy Wam tę książkę od razu albo przyjdzie nam czekać rok. Świąteczne lenistwo wygrało, książka cierpliwie czekała rok. Nie przeciągając dłużej - poznajcie Małgorzatę.

Główna bohaterka - Małgorzata mimo, że przekroczyła 80 wiosen, nie jest wcale typową babcią. Spędza święta samotnie, choć ma dzieci i wnuki. I jest to jej świadomy wybór - ona wręcz cieszy się na spokojny wigilijny wieczór przed telewizorem. Już od jakiegoś czasu nie wychodzi z domu – boi się czyhających poza nim niebezpieczeństw – rzezimieszków, śliskich chodników, chorób. W domu czuje się bezpiecznie i komfortowo. Ale życie nie cierpi spokoju. W precyzyjny rozkład programów telewizyjnych wkracza niespodziewanie obca rodzina, której auto psuje się tuż obok domu Małgorzaty. I niby to nic wielkiego, ale dzięki temu spotkaniu Małgorzata odkryje w sobie zapominane pokłady uczuć i chęci do działania. Niby nic, a jednak mały wigilijny cud.

Historia Małgorzaty to opowieść o niezależności ale też trudach starości i niedołężności. To pochwała życia nawet przy jego schyłku. To wreszcie próba udowodnienia, że na zmianę nastawienia nigdy nie jest za późno. Ta książka jest tak senna i spokojna jak osobowość głównej bohaterki i to zarówno w narracji, jak i w ilustracji. Już same rysunki Pascala Blancheta są tak bardzo retro, jak tylko możecie sobie wyobrazić. Ciepłe, jakby pożółkłe kolory, styl jak z dawnej ilustracji prasowej. Całość zgrywa się idealnie – opowieść snuje się powoli i żałuję, że nie mam kominka, bo przy nim, ciastkach i mleku powinno czytać się takie książki.

Książka został nagrodzona jednym z najbardziej prestiżowych międzynarodowych wyróżnień w dziedzinie ilustracji książkowej – BolognaRagazzi 2014.

Tekst: India Desjardins
Ilustracje Pascal Blanchet
Wydawnictwo: Dwie Siostry

Wigilia Małgorzaty

Najpopularniejsze ostatnio

 
undefined