poniedziałek, lipca 27, 2015

Małgorzata Detner o sobie:
Z wykształcenia jestem kostiumografką, z zamiłowania ilustratorką.;) Na co dzień zajmuję się grafiką i ilustracją okładkową ale największą radość sprawia mi rysowanie dla dzieci. W każdym z nas jest coś z dziecka ale we mnie jest tego zdecydowanie więcej. :) Poza tym uwielbiam zabawę kolorem. Kopalnią inspiracji są dla mnie ilustracje ze starych książek oraz prace artystów takich jak Mary Blair, Alice and Martin Provensen czy Fiep Westendorp.

środa, lipca 15, 2015

Chyba nikt nie lubi przerywać sobie lektury. Co prawda słyszałam o ludziach, którzy dobre książki dawkują sobie w kilku podejściach aby za szybko się nie skończyły. Ale ja zdecydowanie należę do grupy ludzi, których przerywanie czytania po prostu wkurza. I powód jest dość prozaiczny – często zapominam na czym skończyłam. Potem wertuję kartki, czytam po kilka razy te same fragmenty i jakoś ulatuje ze mnie radość czytania. Dla takich ludzi ta publikacja (a dokładniej seria) jest wprost idealna. Już sam tytuł sugeruje, że przerwy w lekturze są wręcz wskazane. Historyjki są rzeczywiście krótkie, często dość abstrakcyjne. Trochę jak pourywane sny, zapiski z podróży, notatki ze spotkań. Sam autor nie ukrywa inspiracji dziecięcą nielimitowaną wyobraźnią i frywolnością w budowaniu opowieści. Zmusza czytelnika do tego by oderwał się trochę od rzeczywistości i ramowego myślenia, by poczuć się znów dzieckiem. Oczywiście mowa o starszych czytelnikach, ponieważ ci młodsi będą się czuli wśród tych historyjek jak ryby w wodzie. Tego jestem pewna.

I jeszcze słówko o ilustracjach. Może część z Was już kojarzy, że Adam Wójcicki narysował kiedyś dla Formatu Nussi i coś więcej. I wtedy spodziewaliśmy się raczej, że następną pozycją ilustrowaną przez Adama będzie jakiś komiks. Ale najwidoczniej ilustrowanie książek, to coś co bardzo przypadło mu do gustu i co tu dużo mówić - wychodzi mu to znakomicie. W obu książkach z serii ilustracje wypełniają niemal każdą pustą lukę, są żywe i pomysłowe. Aż trudno mi uwierzyć, że we Francji opowiadania ukazywały się do tej pory w innej formie, prawie bez ilustracji. Wróżę Formatowi francuskojęzyczne wydanie i zdobycie tego trudnego ale też zawsze głodnego dobrych publikacji rynku.

Historyjki naraz, Nowe historyjki na raz
-
Autor: Bernard Friot
Ilustracje: Adam Wójcicki
Wydawnictwo: Format

wtorek, lipca 07, 2015

Poznajcie najnowsze "dziecko" Magdaleny Kreis, wrocławianki, kuratorki i współautorki rewelacyjnych Zeszytów do dizajnu, Przepisu na mały dizajn i warsztatów dla najmłodszych 3D czyli Dizajn Dla Dzieci. Publikacja była bezpłatnym materiałem towarzyszącym wystawom w ramach wrocławskich 16. Biennale Sztuki Mediów WRO 2015 Test Exporsure. Przewodnik Małego WRO skierowany był głównie do najmłodszych odbiorców sztuki nowoczesnej. Miał na celu przybliżenie i lepsze zrozumienie wybranych prac w ramach wystawy i jednocześnie zachęcenie młodych uczestników do czynnego uczestnictwa w Biennale. Publikacja zbiera 15 luźnych kart, z czego każda z nich na jednej stronie szczegółowo opisuje wybraną pracę prezentowaną w ramach Biennale, na drugiej zaś zawiera zadanie do realizacji w trakcie zwiedzania wystaw lub samodzielnego rozwiązywania w domu.

Za projekt graficzny publikacji odpowiada Michał Loba i podobnie jak w przypadku Zeszytów do dizajnu czy Przepisu na mały dizajn, znów mamy do czynienia z nietypową, ale bardzo zgrabną graficznie i przemyślaną pod względem składu, dizajnerską publikacją. Okładka ze skrzydełkami to w rzeczywistości "ulotka" z rozpiską, harmonogramem i mapką wskazującą dziesięć miejsc, w których odbywały się wystawy. Wnętrze publikacji to 15 luźnych kartek z opisami prac oraz zadaniami do samodzielnego rozwiązywania. Całość zaprojektowana w oszczędnej palecie kolorów i wydrukowana na grubym papierze. Największym, projektowym smaczkiem jest element wiążący publikację w spójną, nierozłażącą się całość - gumka. Szeroka gumka z naszyta żakardowa metką, dopełnia całości.

No dobrze, ale dlaczego pisząc o założeniach publikacji, pisałem w czasie przeszłym? Tak jak wspomniałem, Przewodnik był publikacją towarzyszącą wystawom w ramach 16-tej edycji Biennale Sztuki Mediów, które trwały do 30-go czerwca. To właśnie w tym okresie książeczka miała największą wartość. Niestety był to okres naszego urlopowania i stąd poślizg z informacją. Jest jednak dobra wiadomość, teksty z Przewodnika Małego WRO wraz z dokumentacjami prac stworzą nową ścieżkę edukacyjną w Czytelni Mediów Centrum Sztuki WRO, pod nazwą "Dogrywka" (przed Biennale była "Rozgrzewka"). Więc gdyby ktoś z wrocławian, lub odwiedzających Wrocław był zainteresowany to zapraszamy na ulicę Widok 7.

Nawet po zakończeniu Biennale publikacja spełnia świetnie rolę dokumentacji powystawowej oraz, co chyba bardziej Wam się spodoba "zeszytu zadań". To teraz ciśnie się pytanie "gdzie dostać ten przewodnik?". Można go otrzymać we wrocławskim Centrum Sztuki WRO, ul. Widok 7, ale, no właśnie, jest małe "ale", resztka nakładu Przewodnika będzie przekazywana w pierwszej kolejności osobom zajmujących się edukacją, sztuką, czy też prowadzącym zajęcia i warsztaty z dziećmi. Jeżeli jednak przyjdziecie, zgadacie i ładnie się uśmiechniecie to nie powinniście wyjść z pustymi rękoma.

Koncepcja programu i Przewodnika Małego WRO: Magdalena Kreis
Projekt graficzny: Michał Loba
Więcej info na: www.malewro.wrocenter.pl


środa, lipca 01, 2015

Zastanawialiście się kiedyś czy Wasze zabawki z dzieciństwa ożywały podczas Waszego snu lub kiedy nie było Was w pobliżu? Na bank! A czy próbowaliście sobie wyobrazić jaką przebyły drogę zanim do Was trafiły? I co się z nimi stało potem, kiedy oddaliście je młodszemu sąsiadowi czy kuzynce lub zgubiliście je w tramwaju, na pikniku lub lesie? Ja tak!
Obecnie dzięki aukcjom internetowym, serwisom ogłoszeń czy giełdom staroci sporo zabawek zamiast do śmieci po prostu zmienia właścicieli. Sami od czasu do czasu, pchani sentymentem, kupujemy stare zabawki podobne do tych, którymi bawiliśmy się w dzieciństwie. Czy nie fajnie byłoby poznać drogę jaką przebyła dana zabawka zanim do nas trafiła? No i przecież wcale nie musimy być jej ostatnim właścicielem. Niestety, ale zabawki nie chcą zdradzać szczegółów swojej podróży, jedyne czego możemy być pewni, to to, gdzie została wyprodukowana. Spore szanse, że były to Chiny.

To właśnie w jednej z chińskich fabryk zabawek na świat przyszedł miś Mat, a jego wielka przygoda i podróż miały się dopiero zacząć. Z Chin przebywa bardzo długą drogę promem i ląduje w ekskluzywnym sklepie w Holandii. Ze sklepu trafia do kolekcji pluszowych misiów w wielkiej rezydencji, a kiedy zostaje ubrudzony ląduje w worku z rzeczami dla ubogich. W tym momencie sytuacja Mata zdawałoby się zmienia się na gorsze, ale miś jest wielkim optymista, wie, że gdzieś tam na świecie jest dziecko, które go pokocha.
Wbrew trudnym początkom, to bardzo optymistyczna historia, ponieważ taki właśnie jest miś Mat, pozytywny i optymistycznie nastawiony do otaczającego go świata. W książce przemycone zostało wiele ważnych kwestii, o których ciężko czasem rozmawiać wprost z dzieckiem. Autorce udało się zgrabnie połączyć przygodową fabułę i wartościowe treści. Dziecko styka się z problemem pracy młodocianych w Chinach, a także z różnorodnością religijną na przykładzie Kairu i skrajną biedą w przypadku rodziny segregującej śmieci. To trochę taka książka-zaczepka do dalszej rozmowy o różnorodności, kontrastach w otaczającym nas świecie, ale też o przyjaźni, rodzinie, podróżach.

Za ilustracje do książki odpowiada Tomek Kaczkowski, którego już niejednokrotnie zachwalaliśmy na naszym blogu, więc tym razem ociupinkę przystopujemy. Z niecierpliwością czekaliśmy na pierwszą papierową publikację z ilustracjami Tomka. Doczekaliśmy się! Wyszło super. Miś Mat w wydaniu Kaczkowskiego jest przesympatyczny, szczury Artur i Filemon rozczulająco zabawne, a Sfinks rozłożył mnie na łopatki. Zresztą sami zobaczcie poniżej.
Dodam jeszcze, że książka wydana jest na bardzo fajnym, miękkim papierze, który ciepłym odcieniem łamie kolory ilustracji i tworzy spójny przyjazny klimat całej publikacji. Całość jest też estetycznie złożona – plus za zgrabne i czytelne fonty. Bardzo podoba mi się wprowadzenie odręcznej typografii na początku rozdziałów. Fajny jest także zabieg z towarzyszącym czytelnikowi przez całą książkę Szczurem Arturem, który wyjaśnia trudniejsze zagadnienia lub opowiada co nieco o miejscach akcji.
Tekst: Agnieszka Suchowierska
Ilustracje: Tomasz Kaczkowski
Wydawnictwo Krytyki Politycznej

niedziela, czerwca 28, 2015

Duet Wierzba-Sztyma najwyraźniej dalej trzyma sztamę. :) Po Metryce Nocnika panie wzięły na tapetę naszą intymną garderobę. I znowu jest świetnie. Znowu otrzymujemy mnóstwo historycznych faktów, anegdotek i piękne ilustracje. Trochę poważnie, trochę zabawnie – wszystko w idealnych proporcjach. Dowiadujemy się np., że człowiek w swojej historii więcej chodził bez majtek niż w majtkach. Czy też o tym, że na przestrzeni wieków pojawiały się przeróżne wynalazki majtkopodobne – prehistoryczne męskie pensuarium, egipskie pieluchomajtki, greckie stroje sportowe, średniowieczne mieszki, a w nowożytności kalesonki, pantalony, strój na nogi, aż wreszcie figi, stringi, bokserki itd. Można by rzec, że to taka historia mody od „innej” strony. Jedną z moich lubionych wzmianek w książce jest informacja o tym, że w pewnym okresie XVI-go wieku bielizna, a dokładniej pantalony, były uważane za niestosowne, czy wręcz za wyuzdane i kojarzone były jako atrybut kurtyzany, absolutnie niegodny damy. Te workowate spodenki długie za kolano potępiał nawet Kościół. Natomiast paradowanie z gołym tyłkiem pod spódnicą było już jak najbardziej godne i powszechne. Trochę się od tego czasu pozmieniało. Można więc powiedzieć, że historia majtek kołem się toczy. 

Jeżeli mieliście już do czynienia z poprzednią książką duetu Wierzba-Sztyma, to wiecie doskonale czego spodziewać się po formie wydania. Schludny i pomysłowy skład i podobne jak w przypadku Metryki Nocnika, Historia Majtek również wydana jest z dużą rozkładaną obwolutą, która kryje na wewnętrznej stronie przepięknie rozrysowaną oś czasu. Chwała autorkom za to – owa oś ułatwia znacznie umieszczenie w porządku chronologicznym wydarzeń opisanych w książce. Warto też zauważyć, że tym razem kolor okładki to „majtkowy róż” – nawet taka drobnostka nie jest tutaj przypadkiem.

Podsumowując, książkę przyjemnie i lekko się czyta, a ilustracje świetnie wzbogacają lekturę – dopiski na nich są też warte uwagi – często to esencja całych akapitów w trafnej i zabawnej formie.

Ciekawi mnie niezmiernie za co zabierze się ten dobrany tandem następnym razem. Od nocników przeszły do majtek, to może skończą na zabawkach erotycznych, ale wtedy już w tytule chyba by było „tylko dla dorosłych”. ;)

Tekst: Iwona Wierzba
Ilustracje: Marianna Sztyma
Wydawnictwo: Albus

niedziela, czerwca 14, 2015

Gdyby spojrzeć w statystyki naszej strony wyszłoby, że najpopularniejszą autorką na naszym blogu jest Katarzyna Bogucka. Nie minął nawet miesiąc od ostatniego wpisu z przewodnikiem ilustrowanym przez Kasię, a my znów polecamy książkę jej autorstwa. Część z Was może krzyknie - oo, znowu ta Bogucka! No znowu, ale tym razem jest to naprawdę graficzna petarda! Poprawcie mnie, jeżeli się mylę, ale to najbardziej szczegółowa, najbardziej dopracowana graficznie publikacja Katarzyny Boguckiej jaką do tej pory przygotowała. Właśnie to dopracowanie i dbałość o detal sprawia, że książka Rok w mieście będzie publikacją, którą najpierw pokochacie, a następnie Wy lub Wasze pociechy będziecie do niej wracać jeszcze wiele razy. Jako dziecko uwielbiałem książki z ilustracjami, które teraz określam mianem "wszędobylskich". Wiecie, takich, na których dzieje się masa różnych historii i interakcji, na których poukrywane są śmiesze zdarzenia, dziwne przedmioty, ludzie lub zwierzęta. Nigdy nie wiesz co możesz znaleźć wśród takich ilustracji dopóki nie zaczniesz się im przyglądać. Z kolei gdy już zanurzysz się po uszy w świat uchwycony na tych rysunkach wyobraźnia pcha Cię dalej, budując nowe historie poza planszą. Taka właśnie jest książka Rok w mieście.

Ta w pełni autorska publikacja Katarzyny Boguckiej zaprasza czytelnika na rok do pewnego małego miasteczka. To dwanaście dwustronicowych ilustracji z kolejnymi miesiącami jednego roku. Każda ilustracja obrazuje ten sam fragment miasta i jej mieszkańców w różnych sytuacjach, uwzględniając przy tym zamieniające się pory roku czy zjawiska pogodowe. Możemy więc zobaczyć jak wygląda dwanaście miesięcy u naszej ulubionej rodziny, albo co przez rok zmienia się w lokalnym centrum handlowym. Uwierzcie mi, w tym mieście nie ma miesiąca, żeby nie działo się coś ekscytującego. Mają nawet dinozaury (!!!) w zoo. Powaga!

Książka wzbogacona jest o dwie dodatkowe rozkładówki, pierwsza przedstawia wybranych mieszkańców miasta, natomiast druga zachęca do interaktywnej zabawy.

Całość wydana jest na grubym, sztywnym, żeby nie powiedzieć pancernym papierze i z taką samą okładką. Książka powinna posłużyć latami.
Jeżeli szukacie pięknie zilustrowanej książki pobudzającej wyobraźnie, rozwijającej spostrzegawczość to już właśnie ją znaleźliście. Nie musicie dziękować, od tego jesteśmy. ;)

Ilustracje: Katarzyna Bogucka
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia


piątek, czerwca 12, 2015

Kiedy pisze ten tekst jest początek czerwca. Sezon wakacyjny ruszył pełną parą. Część z Was albo dopiero planuje swoje wakacje, albo się na nie szykuje, albo właśnie leży plackiem w pełnym słońcu, nad egzotycznym morzem. Nie będzie już drugiego bardziej idealnego momentu by polecić Wam książkę pod wszystko mówiącym tytułem - Dzień na plaży.

Historia przedstawiona w książce to przygoda, która może spotkać każdego, kto wybiera się na plażę, szczególnie nad polskim morzem. Dzień jak co dzień na plaży. Ciepły piasek pod stopami, szum morza i "śpiew" mew w oddali. Ten sielski "plażowy rytuał" któremu oddaje się główny bohater zostaje nagle przerwany przez dryfujące ku niemu śmieci. Można sobie wyobrazić taką sytuacje w rzeczywistości, prawda? Pytanie tylko czy z tak zabawnym finałem jaki zaserwował nam Bernardo Carvalho, ale to już tylko zależy od Waszej kreatywności. Śmieszna sprawa, ponieważ nam przydarzyła się kilka lat temu bardzo podobna sytuacja. Przemierzając plażę z jednego końca na drugi natrafiliśmy na coś co określiliśmy mianem "ołtarzem morza", coś co zdecydowanie mogło być efektem pracy bohatera naszej książki (zdjęcie na samym dole).

Bernardo Carvalho postanowił opowiedzieć historię o nietypowym dniu na plaży wyłącznie przy pomocy dwustronicowych ilustracji. Stosując jedynie proste jednokolorowe kształty o stałej kolorystyce budował dynamikę opowieści. Mimo, że prosty w formie, jest to bardzo efektowny wizualnie picturebook, który polecam Wam wszystkim, bez względu na to gdzie lubicie spędzać wakacje.

Autor: Bernardo Carvalho
Wydawnictwo: Tako



wtorek, czerwca 09, 2015

Książka francuskiego duetu autorów M.Leblonda, F.Bertranda to publikacja, którą spokojnie można podpiąć pod kategorię gadżetu, fajnej zabawki, książki która dosłownie bawi, ale też i uczy.
Piżamorama to niezwykła podróż chłopca odzianego w piżamę i czerwony kocyk (umożliwiający latanie o ile dobrze pamiętam z dzieciństwa) w głąb Nowego Jorku. Zatłoczone, ogromne miasto, które nigdy nie śpi, ożywa nie tylko w naszej wyobraźni ale również na kartach książki. W Piżamoramie wykorzystano starą technikę animacji ombro cinema, opartą na iluzji optycznej, sprawiającej złudzenie ruchu animowanego. Dołączona do książki sztywna folia z nadrukowanymi paskami sprawia, że ilustracje na każdej stronie książki ożywają. Więc zapomnijcie o multimedialnych książkach na tablety, ponieważ dzięki Piżamoramie czytanie książki już dawno nie było tak ekscytujące i zabawne. Gdy już skończycie zabawę z "animacjami", przyjrzyjcie się ilustracjom w książce. Autorzy zastosowali w nich techniki mieszane, miksując papierowe wycinanki z ilustracją tworzoną komputerowo, co dało w połączeniu z techniką ombro cinema bardzo fajny efekt wizualny.
Nie sądzę by zabawa z tą publikacją szybko się Wam znudziła, ale nadmienię, że już teraz zapowiedziana jest druga książka z serii Piżamorama, pod tytułem Moje roboty.


Autorzy: Leblond Michael, Bertrand Frederique
Wydawnictwo: Wytwórnia


poniedziałek, czerwca 01, 2015

Podobno raz na jakiś czas zwierzęta potrafią mówić ludzkim językiem. W książce Patriciji Bliuj- Stodulskiej nie dość, że przemówiły ludzkim głosem to od razu zaczęły mędrkować po ludzku.
Rozmowy zwierząt nie jest typową książką, brak w niej fabuły czy głównego bohatera, to zbiór podsłuchanych, zabawnych wypowiedzi zwierząt, które momentami brzmią bardzo znajomo. Zwierzęta marudzą, narzekają, dogryzają sobie nawzajem, filozofują, ale też i "cwaniaczą". Poruszają tematy ważne i bliskie nam samym, czasem trywialne, a czasem takie po prostu życiowe.


- Chciałbym mieć większy dom...
- A inni o czym marzą?


Forma książki przypomina zabawne jedno-planszowe komiksy internetowe. Czy są to już memy? Załóżmy na potrzeby tej chwili, że tak. Nawet uproszczona kreska zdaje się pasować do wspomnianej stylistyki. Biorąc to pod uwagę, zabieg wydania takich zabawnych, ale jednocześnie zmuszających do refleksji "memów" jest bardzo ciekawy. Jest to publikacja, która nie jest ograniczona normalnym kierunkiem czytania. Możemy ją czytać od tyłu, od środka, albo wybrać sobie losowo jedną stronę i niech to będzie nasza myśl przewodnia na dany dzień, a morał jaki z niej wyciągniemy to już tylko od nas zależy. Z czystym sumieniem polecam Wam tę publikację i czekam na Wasze wrażenie z obcowania z nią.

Na koniec pozwolę sobie zacytować nietoperza:

Boję się sikorek,
podobno wyjadają mózg!



Autor: Patricija Bliuj-Stodulska
Wydawnictwo: Papierówka

wtorek, maja 26, 2015

Kształtuje się nam ostatnio fajny trend - przewodniki w formie ilustrowanych książek dla dzieci. O ile sama nie przepadam za suchymi, klasycznymi przewodnikami, to ten raczkujący trend bardzo mi odpowiada. W tym momencie przez nasze łapki przewinęło się już kilka takich publikacji, ale śmiało mogę powiedzieć, że chcemy więcej. Dlaczego? Ponieważ jest to niezmiernie prosty, ale skuteczny pomysł by zainteresować najmłodszych (ale nie tylko) turystycznymi lub historycznymi faktami dotyczącymi wybranego rejonu. Ba! To świetny sposób by w ogóle zwrócić uwagę na jakiś region/powiat/miasteczko. Jeżeli jeszcze taka książka ubrana jest w zgrabną fabułę, która przemyca owe fakty to już w ogóle jest rewelacyjnie. Nie możemy też zapomnieć przy takich publikacjach o istotnej roli ilustratora, który ma nie lada trudne zadanie – wyjąć esencję z danego miejsca i oddać jego klimat, a tego często brakuje zwykłym fotografiom. I nie jest to atak na fotografię w ogóle – lubimy dobre zdjęcia, niestety te „przewodnikowe” to bardzo często niskich lotów ujęcia. Podsumowując, co cechuje dobry przewodnik dla dzieci? Zgrabnie opowiedziana fabuła przemycająca istotne fakty o rejonie/mieście i wtórujące jej świetne ilustracje - taki zestaw serwuje nam sprawdzony duet  - Czerwińska-Rydel i Bogucka, autorki znane z przewodnika po Szczecinie.

Dzięki tym dwóm paniom powiat Szydłowiecki zyskał niesamowicie fajny przewodnik, który dobrze się czyta i przyjemnie ogląda. Całość opiera się o historię rodzinną. Familię Ostrowskich (w składzie: mama, tata, dwóje dzieci i pies rasy mops) do wyprawy do Szydłowca skłaniają niemiłe wieści – zmarł dziadek Konstanty, którego istnienie było do tej pory owiane tajemnicą. Jak się okazuje dziadek był rzeźbiarzem i zapisuje mamie Antka i Zosi cały swój dobytek. Mama musi uporządkować kilka spraw, a dzieciaki z tatą odkrywają okoliczne ciekawostki. Zośka, młodsza z dwójki rodzeństwa, zabiera przewodnik i czyta rodzinie (i nam) jego fragmenty – dzięki temu w każdym nowym miejscu otrzymujemy garść konkretnych informacji. Bardzo fajny zabieg na wplątanie w fabułę czysto informacyjnych treści.

Oczywiście odwiedzamy trochę sztampowe turystyczne miejsca, jak rynek w Szydłowcu z zabytkowym ratuszem, zamek czy kościoły w Szydłowcu i okolicach. Ale rodzinka (z psem tropiącym Yagą na czele) zabiera nas także w mniej oczywiste turystyczne miejsca, jak na przykład do kamieniołomów, w których wydobywano słynny szydłowiecki piaskowiec. A w okolicach Szydłowca kryją się nie lada ciekawostki. W Chlewiskach odkrywamy hutę żelaza i mieszczące się w niej muzeum starych samochodów. W Jastrzębiu natomiast było coś czego się nie spodziewaliśmy – autodrom – tor do zawodów samochodowych. Nieźle, nie? Na koniec odwiedzamy Orońsko. Znajduje się tam Centrum Rzeźby Polskiej. Jest to całkiem spory kompleks: dom rzeźbiarza, pracownie, muzeum i przede wszystkim ogromny park, który jest także przestrzenią wystawienniczą. Tu też historia rodzinna ma swoją kulminację, rodzina odnajduje w parku rzeźby dziadka i opowiada zawiłą historię życia dziadka.

Jeśli ktoś z Was, pomimo moich wszystkich spoilerów, nadal chciałby przeczytać tę publikację, to mam dobrą wiadomość: na stronie Powiatu Szydłowieckiego można pobrać darmowe, elektroniczne wydanie książki.

Tekst: Anna Czerwińska-Rydel
Ilustracje: Katarzyna Bogucka
Publikacja wydana na zlecenie Powiatu Szydłowieckiego przez Drukarnie Panzet
Powiat Szydłowiecki


wtorek, maja 05, 2015

To już kolejny komiks, który ukazał się na naszym rynku dzięki wsparciu finansowym fanów i czytelników. Ta post-apokaliptyczna historia w kolorach lodów malinowych, pistacjowych i kawowych pierwotnie ukazała się jako darmowy e-komiks, a fani byli nią tak zachwyceni, że bez wahania trzykrotnie przebili próg planowego celu finansowego w serwisie wspieram.to. Autorami komiksu są Artur Kurasiński, na co dzień związany ze strefą e-commerce oraz blogosferą; oraz Michał Śledziński, którego dorobek komiksowy jest tak długi, że nie chce mi się go tutaj przywoływać.

Strange Years to pierwsza część serii komiksowej, której akcja dzieje się kilkanaście (strzelam) lat po wydarzeniach z 11 września i jak można się domyślić, wydarzenia te potoczyły się zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Artur fajnie opisuje swój pomysł, pozwolę sobie przytoczyć tutaj fragment jego opisu (źródło: www.strangeyears.com):

Na pomysł albumu jak i całej serii wpadłem zastanawiając się, co by było gdyby wydarzenia 11 września w USA były tylko pierwszym elementem globalnej łamigłówki. Co by było gdyby nie byłoby wiadomo, kto jest napastnikiem, czego chce i jakie ma plany.

Jak ja, mieszkaniec Europy i stolicy dużego kraju odnalazłbym się w sytuacji, kiedy trzeba w godzinę spakować się i uciekać ze swojego domu pokonując tysiące kilometrów. Co by było gdyby w ciągu kilku dni cały świat, jaki znamy zniknął, a w jego miejsce pojawiłby się nowe państwa, porządek społeczny a na powierzchni ziemi nowe osady i miasta. Innymi słowy mamy do czynienia z klasyczną opowieścią w klimacie post-apokaliptycznym.


Głównymi bohaterami tej historii są dwaj bracia: Elvis i Reuben, których dzieciństwo przypadło na okres, w którym kształtował się post-zagładowy świat przedstawiony w komiksie. Teraz są dorośli, a śladu po dawnej cywilizacji brak. Małe osady, które trudno nazwać miastami, hordy grasujących mutantów, prorocy i inne dziwne osobliwości, to świat, w którym przyszło im żyć. Całość uchwycona na barwnym, pastelowym tle. Zatrzymajmy się na chwilę przy tym tle, ponieważ to kolory w tym komiksie uderzyły mnie najmocniej. Odpowiedzcie szybko - w jakich barwach wyobrażacie sobie scenerię post-apokaliptycznego świata? Szaro, buro i ponuro? Pewnie sam bym tak odpowiedział, gdyby ktoś mi zadał takie pytanie. Michał Śledziński nie jest jednak twórczym konformistą i chwała mu za to. Nie wiem na ile jest to celowy zabieg wspierający fabułę czy po prostu chęć eksperymentowania przez rysownika, ale sceneria świata "po zagładzie" uchwycona na tle barwnego, kremowego nieba jest bardziej niepokojąca niżeli szara zawiesina.
Wracając do samej historii - Jesień jest pierwszym albumem w tej planowanej na cztery części serii. O ile jestem zachwycony stroną graficzną komiksu i sam pomysł na komiks bardzo mi pasuje, to trudno mi obiektywnie ocenić historię po pierwszym tomie. Dlaczego? Ponieważ album Jesień był w moim odczuciu za krótki. Autorzy skupili się na wprowadzeniu jak największej liczby postaci i wątków, które jak mniemam, będą rozwijane w kolejnych tomach. Przyznam, załapali mnie na wędkę swoimi pomysłami sprzedanymi w pierwszym tomie (OK, macie mnie), ale chciałbym móc już teraz powiedzieć - Wow, to była świetna historia - odkładając czwarty tom na półce, ale nie mogę, muszę cierpliwie poczekać. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko zaufać autorom, że a) skończą ten komiks, b) kolejne tomy przyniosą więcej odpowiedzi niż pytań, a całość rozsadzi nasze umysły.

Ps. Czy tylko mi się wydaje, że Śledziu wzorował wizerunek Elvisa na Arturze? Czy to czyni Reubena Michałem? ;)

Pomysł na serię: Artur Kurasiński
Scenariusz i ilustracje: Michał Śledziński
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Oficjalna strona: strangeyears.com

wtorek, kwietnia 28, 2015

I znów pojawia się u nas pozycja oparta o alfabet. Całkiem niedawno (uwaga: subiektywna ocena upływu czasu) prezentowaliśmy na blogu Złotouste Zero w zenicie, również wydane przez Wydawnictwo Hokus Pokus. I choć obie książki mają podobny motyw przewodni, to niesamowicie się od siebie różnią. Bardzo podoba mi się podejście samego wydawnictwa i swoista odwaga by wydać dwie pozycje w podobnym czasie i o podobnej tematyce. Bo przecież to, że w książce pojawiają się literki alfabetu nie sprawia, że nie jest ona oryginalna. Zarówno Zoolitery, jak i Złotouste Zero... były wystarczająco kuszącymi kąskami dla Hokus Pokus jako wydawcy, a teraz dla nas czytelników. Naprawdę warto mieć na swojej półce obie pozycje.

Zoolitery to całkowicie autorska publikacja Agaty Juszczak. Widać na jej przykładzie, że najlepsze rzeczy wychodzą spod rąk twórcy, kiedy są najbardziej osobiste. Agata bowiem, rysuje zwierzaki odkąd pamięta i jak widać najwyraźniej nie może przestać. Świat zwierząt to dość obszerne źródło inspiracji, ale autorka wpadła na pomysł jak uporządkować tę gromadkę. Wystarczy zrobić spis alfabetyczny! I co z tego, że nie ma tu wszystkich gatunków z arki Noego – najważniejsze, że spotykamy się z każdym ze zwierzaków wręcz osobiście. Poznajemy kilka jego cech i czujemy do nich sympatię lub nie. No bo jak tu nie ulec czarowi leżącego leniwca patrzącego tkliwie, pełnej pandzie czy ubranej w kratkę uchatce? Każde zwierze zostaje nam przedstawione przy pomocy zgrabnej krótkiej rymowanki, a pomysły na ilustracje nie raz mnie zaskoczyły i rozbawiły.
Polecam też zwrócić uwagę na różnorodność technik zastosowanych przez autorkę – farby, tusze, kredki i do tego miksowane ze sobą.
Tekst i ilustracje: Agata Juszczak
Wydawnictwo: Hokus Pokus

wtorek, kwietnia 21, 2015

Nie jedzie się do Paryża, żeby nie przywieźć kilku ładnych publikacji. No, ale też nie przywozi się tych kilku fajnych publikacji, żeby się nimi z Wami nie podzielić. Zanim nasz wyjazd do stolicy Francji stanie się mglistym wspomnieniem wyciągnąłem dla Was trzy najładniejsze książki jakie nabyliśmy w Paryżu.
Do pierwszej sesji został wytypowany mój ulubieniec - À Toute Vitesse, książką autorstwa kreatywnego studia Cruschiform. Jeżeli sama nazwa studia nie mówi Wam za wiele to część z Was powinna kojarzyć ich sztandarowy (dla mnie) projekt książki Cabins. Często mamy wyrzuty, że za granicą kupujemy książki z innych krajów niż tego, w którym akurat jesteśmy. Taki turystyczny patriotyzm nam się włącza. Jednak Cruschiform jest francuskim studiem, w dodatku z siedzibą w Paryżu, wiec w tym przypadku nasze sumienie zostało uspokojone.
À Toute Vitesse to pięknie zilustrowany, duży album, prezentujący i porównujący jak szybko przemieszczają się wybrane zwierzęta/maszyny/zjawiska. Zaczynając nasz wyścig klasycznie od żółwia (z Galapagos) w towarzystwie konika morskiego. Wraz z nabieraniem tempa rozwija się różnorodność "rzeczy" które są szybkie - pies wyścigowy, zając, łódź podwodna, dinozaur, motorówka, tornada i wiele wiele innych. Nie zdradzę Wam co wygrywa ten wyścig, podpowiem tylko, że osiąga prędkość ponad 100 000 km/h. Książka nie wymaga szczególnej znajomości języka francuskiego. Jest bardzo prosta w formie prezentowanej treści. Na każdej rozkładówce mamy podaną średnią prędkość i dopasowaną do niej maszyny/zwierzęta/zjawiska. Znajomość języka francuskiego przydaje się dopiero pod koniec publikacji, gdzie umieszczony jest słownik zebranych wszystkich maszyn/zwierząt/zjawisk (jak to nazwać jednym słowem, ktoś ma pomysł?). Dla tych, którzy woleliby jednak coś zrozumieć z treści pisanej, możecie kupić anglojęzycznie wydanie tej książki pt. Full Speed Ahead! Na BookDepository macie darmową wysyłkę do Polski więc jest to w miarę rozsądna opcja.
Warto mieć, ponieważ to niesamowicie ładna publikacja - ograniczona paleta kolorów, prosta forma ilustracji, nienaganny projekt graficzny i skład.
Tekst i ilustracje: Cruschiform
Wydawnictwo: Gallimard Jeunesse Giboulées

niedziela, kwietnia 19, 2015

Z reguły staramy się prezentować wyłącznie publikacje, które mamy na półce, ale z racji tego, że jest to post w kategorii fanart, postanowiliśmy nieco nagiąć reguły naszego bloga. Zresztą, jak za chwilę się sami przekonacie, było warto. Zanim jednak dojdziemy do wspomnianego fanarta, małe wprowadzenie. Podesłał nam go Wojciech Pawliński. Prowadzi on fajny fanpage na facebooku o nazwie Stworarium, który jest rozwiniętą, internetową formą jego pracy dyplomowej w pracowni Litografii na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Wojciech przygotował w ramach pracy dyplomowej książkowy, ręcznie robiony bestiariusz - Stworarium. Sami bawimy się sitodrukiem od paru lat, więc wszelkie tego typu  „warsztatowe” projekty książek bardzo nas ekscytują.

O swojej książeczce najlepiej opowie sam autor:

Stworarium, które zrobiłem jako dyplom w pracowni Litografii powstało z dwóch powodów: inspiracji średniowiecznymi bestiariuszami i potrzeby (która towarzyszyła mi od zawsze) rysowania różnych fantastycznych postaci. Pomysłów na takie postacie nigdy mi nie brakowało, zwłaszcza, że czerpię pełnymi garściami z różnych legend, bajek z dzieciństwa, filmów a nawet muzyki. Zależało mi, żeby „wyszaleć” się artystycznie na ostatnim roku studiów (z perspektywą pracy grafika przykutego do komputera), więc postanowiłem zrobić ten dyplom całkowicie ręcznie, tradycyjnymi technikami i metodami. Tak więc wszystkie ilustracje są wykonane w technikach litografii, sitodruku i linorytu (czyli „lito-sito-lino”), napisy są nabite w zecerni, a książka jest ręcznie szyta i oprawiona. Aktualnie istnieją trzy kompletne egzemplarze i możliwość zszycia jeszcze kilku sztuk. Także jest to biały kruk Stwory nie są opisane, ponieważ wydaje mi się, że większą przyjemność daje odbiorcy samodzielne wyobrażanie sobie ich natury. Zwłaszcza, że nazwy są dość sugestywne.

Jeśli chodzi o „fanpejdż na fejsbóku” o tej samej nazwie to po prostu okazało się, że igranie ze stworami jest niebezpieczne – uzależnia. Mam ich sporą kolekcję, a ciągle powstają nowe. Dla zróżnicowania wprowadziłem cykl „Niedzielni pisarze” z portretami literatów opisujących różne fantastyczne stworzenia.
I to w zasadzie tyle.

środa, kwietnia 15, 2015

Z dzieciństwa pamiętam tylko jedną talię kart do gry w Piotrusia, była to seria ze Smerfami. Nie pamiętam już czy na okres dzieciństwa przypadła mi tylko ta, jedna talia, czy było ich więcej. W każdym razie jedną miałem i pozwolę sobie na śmiałe stwierdzenie, że Wy, urodzeni w latach 70/80-tych też przynajmniej jedną taką talię mieliście. No sami powiedźcie.

Wydawnictwo Warstwy idzie za ciosem i mocniej uderza w sentyment naszego pokolenia. Wydana pierwotnie w 1970 roku seria Kart Piotruś – Robimy zabawki z klasycznymi ilustracjami Hanny Krajnik wraca w nowym, zmienionym wydaniu właśnie dzięki wrocławskiemu wydawcy. Jak czytamy na stronie wydawcy: Seria kart prezentuje zarówno unikatowe projekty przedstawicieli polskiej szkoły ilustracji, jak i współczesnych ilustratorów. Można więc zakładać, że szykuje się nam większa kolekcja. Pierwsza seria kart to nowe wydanie z ilustracjami pani Hanny Krajnik, której prace część z Was może pamiętać z pisma Świerszczyk lub takich książek dla dzieci jak: O kotku, który szukał czarnego mleka,
Świerszczowa muzyka, Kołysanka dla Marka, Dziewczynka z tęczy.

Prawdopodobnie karty typu Piotruś nie zniknęły z naszego rynku i nadal są dostępne w "jakieś" formie w sklepach z zabawkami. No ale bądźcie ze mną szczerzy - czy nie wolicie kupić dziecku (lub sobie) talii promującej wartości estetyczne polskiej szkoły ilustracji i jednocześnie przywołującej fajne wspomnienia z dzieciństwa, czy wolicie jakiś kicz z poczty? Odpowiedź chyba jest prosta, prawda? ;)

Ilustracje: Hanna Krajnik
Wydawnictwo: Warstwy
-
Kup na stronie wydawcy.

Najpopularniejsze ostatnio

 
undefined